Piosenka: http://www.youtube.com/watch?v=FlsBObg-1BQ
Od rana wszystko szło źle. Zaspałam,
spóźniłam się do pracy i zbierałam burę za wszystko. Ledwie rozpoczął się
dzień, a ja już miałam go serdecznie dosyć! Pomyśleć, że wieczorem jeszcze
muszę iść na jakiś nudny bankiet i zupełnie za darmo usługiwać jakimś rozkapryszonym,
zapatrzonym w siebie snobom których jedynym zmartwieniem jest to czy mają sześć
czy siedem zer na kącie. Dobijcie mnie…. Wybiła godzina 19. Za godzinę miałam
być na Chelsie, a tu jeszcze nic nie gotowe, ja jestem totalnym proszku z klejącymi się oczami. Okay, trzeba się
zacząć zbierać. Pobiegłam szybko do domu, odświeżyłam się, ułożyłam sobie
włosy, co prawda były rozpuszczone, ale i tak wymagały małego modelowania.
Założyłam na siebie czarne rurki w które zaportkowałam białą bluzkę z kołnierzem
i damski krawat w biało-czarne paski oraz standardowo Mast have każdej
dziewczyny czarne szpilki. Poperfumowałam się moimi ulubionymi perfumami
Ballroom Beauty z lini Avon. Połączenie maliny, cytryny, poziomki, róży, liścia
fiołku, jaśminu, piżmu, drzewa sandałowego oraz ambry tworzyło wspaniałą,
magiczną kompozycję zapachową. Narzuciłam na siebie jasno różowy płaszcz i
wyszłam. Kiedy dotarłam na miejsce, większość gości już była obecna. Pod willą
stał sznur samochodów, praktycznie same Lamborghini, Lexusy, Mercedesy, BMW,
porsche i wiele, wiele innych marek które widziałam pierwszy raz na oczy. Przez
bramę wjazdową próbowali przecisnąć się dziennikarze, papa razi, wierne
wrzeszczące fanki (ale kogo?), które nie sposób było zrozumieć. Kątem oka przez
ogromne okno wybiegające na podjazd widziałam Adele, jakiegoś kolesia z The
Wanted, Maroon 5 oraz Fun. Pokierowano mnie do wejścia dla gości. David już tam
czekał na mnie z zapakowanymi do brytwanek plackami, ciastkami oraz pokrojonym
już tortem. Tak się umówiliśmy, że on zajmie się transportem tego wszystkiego
tutaj. Pewnie teraz będzie się wymądrzał jaki to on nie jest wspaniały,
cudowny, zapracowany i punktualny. Kichał go pies. Powiedzieliśmy sobie cześć,
po czym on poszedł do innej części kuchni (ona była ogromna!!!) zajmować się
nakładaniem ciastek na kryształowe półmiski, czy co to tam było. Ja zostałam
sama z tortami. Na szczęście miałam jakąś godzinę żeby je porozkładać. Dość
szybko się z nimi uporałam. 100 porcji to nie tak znowu dużo. Kelnerzy zajęli się
roznoszeniem ciasta po stolikach i polewaniem szampana, a dla bardziej
wytwornych Whisky bądź Koniak. Jak kto woli. Zrobiłam co miałam zrobić. Uznałam,
że nic się nie stanie jak sobie już pójdę. Odwróciłam się plecami do drzwi
wejściowych i zaczęłam powoli sprzątać po sobie. Do kuchni, gdzie ja byłam
wstęp mieli tylko kelnerzy, ale oni zostali na sali gdzie teraz rozkładali
jakieś tam danie. Nie ważne, pewnie to było coś ohydnego jak kawior albo
szpinak. – Cześć! – krzyknął ktoś znajdujący się wewnątrz pomieszczenia.
Gwałtownie odwróciłam się i dobiłam do stojącego przede mną mężczyzny.
Kieliszek z jego czerwonym winem wylądował prosto na mojej koszuli i krawacie.
- Cholera jasna! – krzyknęłam
półgłosem po Polsku. Po sekundzie się opamiętałam – Mój ulubiony krawat, o nie!
– dodałam już w języku angielskim i chwyciłam za ścierkę leżącą na blacie na
mną.
- Tak mocno cię przepraszam, pomogę
ci – powiedział delikatnym głosem, po czym wyrwał mi ścierkę i zaczął wycierać
krawat.
- Dobra, daj mi to – wyrwałam
ścierkę z jego dłoni – tylko wcierasz plamę.
- Przepraszam, nie chciałem cię
wystraszyć – rzekł. Uniosłam oczy ku górze. Teraz widziałam go doskonale.
Perfekcyjnie ułożone włosy, szeroki uśmiech połączony z zawstydzeniem i te
piękne niebiesko-zielone oczy. Zaraz… kogoś mi przypominał, kogoś kogo już
kiedyś gdzieś widziałam, ale to nie może być on… nie... to niemożliwe… jeden z
moich dawnych idoli? Louis Tomlinson? Kojarzyłam go z plakatów na mojej
ścianie, gazet, telewizji, Internetu. A teraz miałabym stać z nim twarzą w
twarz? Co?!
- Nic się nie stało, to nie twoja
wina – uśmiechnęłam się do niego delikatnie, on to odwzajemnił.
- Nie, to przeze mnie. Niepotrzebnie
cię wystraszyłem. – tłumaczył się. – Teraz masz zniszczony krawat i bluzkę.
- Spokojnie. Każdemu mogło się
zdarzyć. Z resztą znając moje szczęście to jak nie oblałbyś mnie winem, to ktoś
inny by cię wyręczył.
- Albo ubrudziłabyś się ciastem –
zaśmiał się wesoło.
- Pewnie tak. Nie przejmuj się moją
bluzką, i tak jej nigdy nie lubiłam. – na mojej twarzy pojawił się mały grymas
stłumiony śmiechem.
- Powinnaś mi teraz oddać, za twój
ulubiony krawat i znienawidzoną bluzkę. Śmiało rzuć we mnie ostatnim kawałkiem
tortu – skinął głową w stronę ciasta.
- Jesteś pewien że tego chcesz?
Bankiet się jeszcze nie skończył i głupio by było gdybyś do końca przyjęcia
paradował z wielką, brązową plamą na klacie. – Na moje słowa usta Tomlinsona
rozszerzyły się jeszcze bardziej.
- Zasłużyłem sobie. – puścił mi
oczko.
- Tak, ale nie mam czasu w ciebie
celować, muszę posprzątać po sobie, popakować tacki do kartonów i zbierać się
do domu. – westchnęłam.
- Pomóc ci? – zaproponował.
- Yyyy.. co? Nie.. nie trzeba.
Poradzę sobie. Z resztą jesteś tutaj gościem i nie wypada żebyś sprzątał.
- No co ty? – spojrzał mi w oczy – I
tak się nudzę – westchnął.
- Impreza dla sztywniaków? –
uniosłam lewą brew. Na mojej twarzy pojawił się promienny uśmiech. Chłopak
kiwną głową przyznając mi rację.
- ‘Victoria’… - przeczytał napis na
kartonie. Tak nazywała się cukiernia. – To nie jest gdzieś na Victoria Street?
- Tak. Byłeś tam kiedyś?
- Nie, ale przejeżdżałem – wyjaśnił
- W takim razie zapraszam. Wpadnij
na coś słodkiego jak będziesz jeszcze kiedyś w pobliżu – rzekłam, poczym
wróciłam do swoich obowiązków. Chłopak wciąż stał w pobliżu mnie i bacznie się
mi przyglądał. – Co? – zapytałam wesoło.
- Nic. Chyba zapomniałem ci się
przedstawić. Louis jestem. – posłał mi szeroki uśmiech. W tym samym momencie do
kuchni wparował David.
- Jak chcesz się ze mną zabrać do
ruchy! Nie będę na ciebie czekał. Bierz płaszcz, karton i chodź. – krzyknął w
moim kierunku. W sumie, nic dziwnego. Wszelka kultura i ogólne zasady savoir
vivre były mu obce… no chyba że gadał z szefową. Wtedy wiedział jak skutecznie
się podlizać.
- Okay już idę. – W pośpiechu
wrzuciłam wszystko do kartonu, zarzuciłam płaszcz na ramiona, poczym szybko
chwyciłam za pudło i zaczęłam biec w stronę drzwi.
- Czekaj! – usłyszałam głos Louisa –
Jak ci na imię? – Odwróciłam się w biegu i krzyknęłam:
- Angel!
David wysadził mnie bezpośrednio pod
domem. Była dopiero 23. Po cichu na paluszkach starałam się przemierzyć
trzeszczące schody na pierwsze piętro gdzie znajdował się mój mały, przytulny
pokoik. Nie byłam wcale zmęczona. Raczej cała się trzęsłam z wrażenia. Nie
docierało do mnie, że właśnie spotkałam się z Tomlinsonem w cztery oczy. To
szalone, tym bardziej że kiedyś byłam gotowa oddać wszystko jako fanka jego
zespołu by móc go spotkać, a dzisiaj to się wydarzyło! Szaleństwo! W nocy nie
mogłam do późna zasnąć rozmyślając o nim. Aż mi głupio, bo tak mocno skupiłam
się na piosenkarzu, że zapomniałam napisać krótkiego sms-a do Willa na
dobranoc. No nic, jutro mu wszystko opowiem. Pewnie się wścieknie, bo nie lubi
kiedy rozmawiam z obcymi chłopakami. On się wścieka nawet o to że rozmawiam z
moimi starymi kolegami ze szkoły. Ale ktoś kiedyś powiedział, że zazdrość to
jeden z dowodów miłości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz