poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Rozdział I cz. II "Kogoś mi przypominał, kogoś kogo już kiedyś gdzieś widziałam, ale to nie może być on!"

     Piosenka: http://www.youtube.com/watch?v=FlsBObg-1BQ

         Od rana wszystko szło źle. Zaspałam, spóźniłam się do pracy i zbierałam burę za wszystko. Ledwie rozpoczął się dzień, a ja już miałam go serdecznie dosyć! Pomyśleć, że wieczorem jeszcze muszę iść na jakiś nudny bankiet i zupełnie za darmo usługiwać jakimś rozkapryszonym, zapatrzonym w siebie snobom których jedynym zmartwieniem jest to czy mają sześć czy siedem zer na kącie. Dobijcie mnie…. Wybiła godzina 19. Za godzinę miałam być na Chelsie, a tu jeszcze nic nie gotowe, ja jestem  totalnym proszku  z klejącymi się oczami. Okay, trzeba się zacząć zbierać. Pobiegłam szybko do domu, odświeżyłam się, ułożyłam sobie włosy, co prawda były rozpuszczone, ale i tak wymagały małego modelowania. Założyłam na siebie czarne rurki w które zaportkowałam białą bluzkę z kołnierzem i damski krawat w biało-czarne paski oraz standardowo Mast have każdej dziewczyny czarne szpilki. Poperfumowałam się moimi ulubionymi perfumami Ballroom Beauty z lini Avon. Połączenie maliny, cytryny, poziomki, róży, liścia fiołku, jaśminu, piżmu, drzewa sandałowego oraz ambry tworzyło wspaniałą, magiczną kompozycję zapachową. Narzuciłam na siebie jasno różowy płaszcz i wyszłam. Kiedy dotarłam na miejsce, większość gości już była obecna. Pod willą stał sznur samochodów, praktycznie same Lamborghini, Lexusy, Mercedesy, BMW, porsche i wiele, wiele innych marek które widziałam pierwszy raz na oczy. Przez bramę wjazdową próbowali przecisnąć się dziennikarze, papa razi, wierne wrzeszczące fanki (ale kogo?), które nie sposób było zrozumieć. Kątem oka przez ogromne okno wybiegające na podjazd widziałam Adele, jakiegoś kolesia z The Wanted, Maroon 5 oraz Fun. Pokierowano mnie do wejścia dla gości. David już tam czekał na mnie z zapakowanymi do brytwanek plackami, ciastkami oraz pokrojonym już tortem. Tak się umówiliśmy, że on zajmie się transportem tego wszystkiego tutaj. Pewnie teraz będzie się wymądrzał jaki to on nie jest wspaniały, cudowny, zapracowany i punktualny. Kichał go pies. Powiedzieliśmy sobie cześć, po czym on poszedł do innej części kuchni (ona była ogromna!!!) zajmować się nakładaniem ciastek na kryształowe półmiski, czy co to tam było. Ja zostałam sama z tortami. Na szczęście miałam jakąś godzinę żeby je porozkładać. Dość szybko się z nimi uporałam. 100 porcji to nie tak znowu dużo. Kelnerzy zajęli się roznoszeniem ciasta po stolikach i polewaniem szampana, a dla bardziej wytwornych Whisky bądź Koniak. Jak kto woli. Zrobiłam co miałam zrobić. Uznałam, że nic się nie stanie jak sobie już pójdę. Odwróciłam się plecami do drzwi wejściowych i zaczęłam powoli sprzątać po sobie. Do kuchni, gdzie ja byłam wstęp mieli tylko kelnerzy, ale oni zostali na sali gdzie teraz rozkładali jakieś tam danie. Nie ważne, pewnie to było coś ohydnego jak kawior albo szpinak. – Cześć! – krzyknął ktoś znajdujący się wewnątrz pomieszczenia. Gwałtownie odwróciłam się i dobiłam do stojącego przede mną mężczyzny. Kieliszek z jego czerwonym winem wylądował  prosto na mojej koszuli i krawacie.
- Cholera jasna! – krzyknęłam półgłosem po Polsku. Po sekundzie się opamiętałam – Mój ulubiony krawat, o nie! – dodałam już w języku angielskim i chwyciłam za ścierkę leżącą na blacie na mną.
- Tak mocno cię przepraszam, pomogę ci – powiedział delikatnym głosem, po czym wyrwał mi ścierkę i zaczął wycierać krawat.
- Dobra, daj mi to – wyrwałam ścierkę z jego dłoni – tylko wcierasz plamę.
- Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć – rzekł. Uniosłam oczy ku górze. Teraz widziałam go doskonale. Perfekcyjnie ułożone włosy, szeroki uśmiech połączony z zawstydzeniem i te piękne niebiesko-zielone oczy. Zaraz… kogoś mi przypominał, kogoś kogo już kiedyś gdzieś widziałam, ale to nie może być on… nie... to niemożliwe… jeden z moich dawnych idoli? Louis Tomlinson? Kojarzyłam go z plakatów na mojej ścianie, gazet, telewizji, Internetu. A teraz miałabym stać z nim twarzą w twarz? Co?!
- Nic się nie stało, to nie twoja wina – uśmiechnęłam się do niego delikatnie, on to odwzajemnił.
- Nie, to przeze mnie. Niepotrzebnie cię wystraszyłem. – tłumaczył się. – Teraz masz zniszczony krawat i bluzkę.
- Spokojnie. Każdemu mogło się zdarzyć. Z resztą znając moje szczęście to jak nie oblałbyś mnie winem, to ktoś inny by cię wyręczył.
- Albo ubrudziłabyś się ciastem – zaśmiał się wesoło.
- Pewnie tak. Nie przejmuj się moją bluzką, i tak jej nigdy nie lubiłam. – na mojej twarzy pojawił się mały grymas stłumiony śmiechem.
- Powinnaś mi teraz oddać, za twój ulubiony krawat i znienawidzoną bluzkę. Śmiało rzuć we mnie ostatnim kawałkiem tortu – skinął głową w stronę ciasta.
- Jesteś pewien że tego chcesz? Bankiet się jeszcze nie skończył i głupio by było gdybyś do końca przyjęcia paradował z wielką, brązową plamą na klacie. – Na moje słowa usta Tomlinsona rozszerzyły się jeszcze bardziej.
- Zasłużyłem sobie. – puścił mi oczko.
- Tak, ale nie mam czasu w ciebie celować, muszę posprzątać po sobie, popakować tacki do kartonów i zbierać się do domu. – westchnęłam.
- Pomóc ci? – zaproponował.
- Yyyy.. co? Nie.. nie trzeba. Poradzę sobie. Z resztą jesteś tutaj gościem i nie wypada żebyś sprzątał.
- No co ty? – spojrzał mi w oczy – I tak się nudzę – westchnął.
- Impreza dla sztywniaków? – uniosłam lewą brew. Na mojej twarzy pojawił się promienny uśmiech. Chłopak kiwną głową przyznając mi rację.
- ‘Victoria’… - przeczytał napis na kartonie. Tak nazywała się cukiernia. – To nie jest gdzieś na Victoria Street?
- Tak. Byłeś tam kiedyś?
- Nie, ale przejeżdżałem – wyjaśnił
- W takim razie zapraszam. Wpadnij na coś słodkiego jak będziesz jeszcze kiedyś w pobliżu – rzekłam, poczym wróciłam do swoich obowiązków. Chłopak wciąż stał w pobliżu mnie i bacznie się mi przyglądał. – Co? – zapytałam wesoło.
- Nic. Chyba zapomniałem ci się przedstawić. Louis jestem. – posłał mi szeroki uśmiech. W tym samym momencie do kuchni wparował David.
- Jak chcesz się ze mną zabrać do ruchy! Nie będę na ciebie czekał. Bierz płaszcz, karton i chodź. – krzyknął w moim kierunku. W sumie, nic dziwnego. Wszelka kultura i ogólne zasady savoir vivre były mu obce… no chyba że gadał z szefową. Wtedy wiedział jak skutecznie się podlizać.
- Okay już idę. – W pośpiechu wrzuciłam wszystko do kartonu, zarzuciłam płaszcz na ramiona, poczym szybko chwyciłam za pudło i zaczęłam biec w stronę drzwi.
- Czekaj! – usłyszałam głos Louisa – Jak ci na imię? – Odwróciłam się w biegu i krzyknęłam:

- Angel! 

          David wysadził mnie bezpośrednio pod domem. Była dopiero 23. Po cichu na paluszkach starałam się przemierzyć trzeszczące schody na pierwsze piętro gdzie znajdował się mój mały, przytulny pokoik. Nie byłam wcale zmęczona. Raczej cała się trzęsłam z wrażenia. Nie docierało do mnie, że właśnie spotkałam się z Tomlinsonem w cztery oczy. To szalone, tym bardziej że kiedyś byłam gotowa oddać wszystko jako fanka jego zespołu by móc go spotkać, a dzisiaj to się wydarzyło! Szaleństwo! W nocy nie mogłam do późna zasnąć rozmyślając o nim. Aż mi głupio, bo tak mocno skupiłam się na piosenkarzu, że zapomniałam napisać krótkiego sms-a do Willa na dobranoc. No nic, jutro mu wszystko opowiem. Pewnie się wścieknie, bo nie lubi kiedy rozmawiam z obcymi chłopakami. On się wścieka nawet o to że rozmawiam z moimi starymi kolegami ze szkoły. Ale ktoś kiedyś powiedział, że zazdrość to jeden z dowodów miłości. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz