wtorek, 20 sierpnia 2013

Rozdział II cz. I "Wariat z Pana, Panie Tomlinson"

Piosenka: http://www.youtube.com/watch?v=gLICf-JY4Cw

        Nareszcie piątek. Koniec tygodnia roboczego. Nie ma ruchu, nie ma pośpiechu, nie ma szefowej. Za to kochałam piątki. Zero nacisku. W pracy nadal towarzyszyły mi myśli o nowopoznanym chłopaku. „Po co ja tyle o nim myślę?” – pytałam samej siebie w myślach – „Przecież to jasne, że już nigdy go nie zobaczę. W końcu to członek One Direction.”. W kółko powtarzałam sobie w myślach. Właśnie byłam w trakcie ponownego powtarzania sobie tego zdania, kiedy do lokalu ktoś wszedł. Usłyszałam dzwonek kołyszący się nad drzwiami. Zawsze wydawał z siebie dźwięk ilekroć ktoś wszedł do środka. Uniosłam głowę i nie wierzyłam własnym oczom.

- Jest może cisto marchewkowe? – zapytał znajomy głos.
- Cześć Louis – powiedziałam. – Nie ma. Właśnie zjadłam ostatni kawałek. – wzruszyłam nieporadnie ramionami.
- Jak śmiałaś?! – udał oburzonego. Rozbawiło mnie to.
- Nie sądziłam że przyjedziesz – zaczęłam – a poza tym, ono nie było wcale takie dobre – skrzywiłam się.
-  Tak? Kłamiesz! – krzyknął – Kłamiesz, widzę to w twoich oczach! – dodał po chwili i wykonał ruch dłonią mający znaczyć coś w stylu „obserwuję cię”. Spojrzałam na niego zdezorientowana, a on zaczął się cicho śmiać.
- Wariat z Pana, Panie Tomlinson. – pokiwałam głową, tak jakbym ubolewała nad jego głupotą.
- Wariat, ale jakże przystojny – puścił mi oczko.
- Zadziwiasz mnie swoją skromnością. – odpowiedziałam w miarę poważnie.
- Wiesz, mam coś dla ciebie – oświadczył.
- Dla mnie? – zdziwiłam się.
- Tak, taka mała rekompensata za wczoraj. Powinien ci się spodobać. – uśmiechnął się szeroko i wręczył mi niewielkie pudełeczko. Bez wahania je otworzyłam. Był to damski krawat w różowo-czarne, szerokie pasy. – I jak?
- Jest śliczny. Naprawdę. Ale nie mogę go przyjąć.
- Nie wygłupiaj się. Przymierz go. – Wyjął prezent z pudełka i zawiesił na mojej szyi. – Zawiążę ci go – oznajmił.
- Bardzo dziękuję. Jest naprawdę przepiękny. – uśmiechnęłam się wdzięcznie.
- Pasuje do ciebie.
- Tylko tak mówisz – pokazałam mu język.
- Ja tylko stwierdzam fakty. To serio nie macie tu nic marchewkowego?
- Niestety nie. Ale zasugeruj właścicielce żeby wprowadziła coś nowego do karty ciast. – puściłam mu oczko.
- Chyba powinienem. Wiesz, ja kocham marchewki. – zaśmiał się Tomlinson
- A kto nie kocha? – zrobiłam wielkie oczy
- Piękna, zabawna a na dodatek lubi marchewki… ideał! – rozmarzył się Brytyjczyk.
- Okay, nie przesadzaj. Do ideału troszkę mi jeszcze brakuje, ale z każdym dniem jestem coraz bliżej.
- Tak, coś w tym jest. Dzisiaj w czystych ubraniach jesteś jeszcze piękniejsza niż wczoraj.
- Hey, Lou, bo twoja dziewczyna będzie zazdrosna. – pokiwałam głową
- Skąd wiesz że ja mam? – zapytał.
- No proszę cię, niekiedy czytam gazety. Wiem też, że jesteście zaręczeni. – dodałam.
- Wow… Nic nie umknie twojej uwadze. – ponownie zaprezentował mi biały szereg swoich zębów – A jak ma na imię twój ukochany?
- William Evans. – szybko udzieliłam odpowiedzi.
- Szkoda… - westchnął.
- Czemu?
- Bo pewien mój przyjaciel jest singlem od niedawna i spodobałabyś się mu.
- Jaki przyjaciel? – zapytałam unosząc lewą brew.
- A czy to ważne? Harry nie życzyłby sobie, gdybym wyjawił jego dane personalne. – na jego twarzy pojawił się grymas.
- A ty wiesz, że właśnie mi powiedziałeś kogo miałeś na myśli? – spojrzałam na niego. Nie byłam  stanie powstrzymać się od śmiechu. Oczywiście Tomlinson powiedział to celowo, uwielbiał się zgrywać i żartować, zarówno przed kamerą jak i na co dzień. Był normalnym, wesołym chłopakiem. Nie różnił się niczym od tego kolesia którego przedstawiały nam media.
- Aaaaaa…. Nieeee…. Harry mnie udusi! – zaczął krzyczeć niczym mały chłopiec. Całe szczęście że nie było w międzyczasie żadnego klienta, bo strach pomyśleć co by sobie o nas pomyślał.
- On pewnie nawet nie wie, że chcesz go ze mną zeswatać  - zaśmiałam się.
- Nie, ale on i tak lubi starsze… kobiety w kwiecie wieku, tak gdzieś pod 60-tkę. – Zerknęliśmy na siebie w milczeniu, poczym oboje wybuchnęliśmy niekontrolowanym śmiechem. Ledwie usłyszeliśmy dzwonek telefonu piosenkarza.
- To twój dzwoni. – oznajmiłam nadal się śmiejąc. Lou odebrał. Był to któryś z chłopaków z zespołu.
- Okay, muszę już lecieć. Chłopaki chcą zrobić próbę. Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy. – spojrzał mi w oczy i przytulił mnie na pożegnanie. Lada znajdująca się między nami nie była dla niego przeszkodą.
          Po pracy udałam się do Czarnego. Mieszkał w samym centrum Chelsy. Nic w sumie dziwnego, skoro jego ojciec był wysoko postawionym prokuratorem, a matka prowadziła sieć restauracji. Nie lubiłam go odwiedzać. Jego rodzice patrzyli na mnie z góry. Mieli kasę, więc myśleli, że cały świat leży u ich stóp, a ktoś taki jak ja nie ma prawa burzyć ich harmonii milionerskiego życia. Kate – matka Willa była do  mnie szczególnie wrogo nastawiona. Mierzyła mnie wzrokiem, nie szczędziła sobie zbędnych komentarzy, które być może nie w sposób dosłowny, ale przenośny miały mi uświadomić, że jestem nikim. Wielokrotnie, nawet w mojej obecności próbowała uświadomić Czarnego, jaka to ja jestem zła. Szkoda tylko, że niekiedy brakowało jej argumentów. Natomiast Georg – ojciec mojego chłopaka był strasznym snobem, ale nieszkodliwym…. Miał w nosie co robi jego syn, często podkreślał, że jest na tyle duży, żeby mógł sam zadbać o swój tyłek. Tak czy siak, od czasu do czasu musiałam tam pojechać. Przekroczyłam prób śnieżno białej rezydencji z marmurowymi filarami i różnorodnymi zdobieniami na ścianach. Czułam się jak w jakimś starym kościele. Nawet służba i domownicy nie mieli w nim swobody, no ale cóż, takie są potem konsekwencje mieszkania w domu wartym jakieś 10 mln £.
- Dzień dobry - przywitałam się ze służbą. Miałam takie szczęście, że Kate nie było jeszcze w domu. Więc od razu udałam się do pokoju Willa.
- Angel! - ucieszył się na mój widok.
- Hej, kiedy wróci twoja mama? – zapytałam nadal stojąc w drzwiach.
- Nie wiem. Ale nie przejmuj się nią. – uśmiechnął się do mnie promiennie, wstał z łóżka, podszedł do mnie i czule objął mnie na dzień dobry.
- Łatwo ci mówić. – przewróciłam oczami.
- Ona nie jest aż taka zła – Powiedział i ponownie usiadł, tym razem na fotelu naprzeciw ogromnego akwarium.
- Jest twoją matką, więc… - nie dokończyłam. Nie wiedziałam jak.
- Przestań. – odburknął. Weszłam w głąb granatowego pomieszczenia i usiadłam mu na kolanach.  - Jak minął ci wczorajszy bankiet? – objął mnie w pasie i oparł podbródek o moje ramię.
- Dobrze – odpowiedziałam krótko.
- Poznałaś kogoś nowego?
- Yyy.. – no właśnie yy… yyy.. nie wiem co powiedzieć. Cholera to takie proste… Tak, poznałam Louisa… Ale jak mu to powiedzieć? Przecież on nie zrozumie, że to tylko zwykły przypadkowy znajomy. Nie ma takiej opcji, wolę sobie oszczędzić niepotrzebnych spięć. Chciałabym mu powiedzieć, ale on nie zrozumie. Jest zbyt uparty. – Nie – dodałam po chwili lekkiego zamysłu.
- Serio? Słyszałem, że było tam dużo ludzi – ciągnął dalej temat.
- Tak, ale ja byłam w kuchni, więc nie miałam z nimi kontaktu.
- Nie widziałaś nikogo jak wchodziłaś albo wychodziłaś? – im dalej brnął w temat, tym bardziej bałam się mu przyznać do Tomlinsona. W sumie to, że poznaliśmy się wczoraj przypadkiem, to nic, ale gdyby się dowiedział o tym, że odwiedził mnie dzisiaj w pracy, byłaby afera.
- Jejku… Przecież mówię, że nie. Po co mnie tak wypytujesz? Kolejny wywiad? – podniosłam minimalnie ton głosu.
- Tylko chciałem wiedzieć, co w tym złego?
- To, że ciągle mnie kontrolujesz, a ja tego nie znoszę. Może mi w końcu zaufasz? Ja nie dzwonię do ciebie co pięć minut, żeby sprawdzić gdzie jesteś, z kim i co robisz!
- Znowu przesadzasz! Nigdy tak do ciebie nie wydzwaniałem.
- Bo wiesz, że byłabym na ciebie wściekła.
- Znowu musimy się kłócić?
- Tak. – wymamrotałam pod nosem.
- Co takiego? – zaśmiał się wesoło i zaczął mnie łaskotać.
- Nie rób tak, jestem na ciebie zła. – założyłam ręce na klatce piersiowej.
- Nie jesteś. Tą jedną rzecz potrafię w tobie rozpoznać. Kiedy jesteś zła, to po prostu siedzisz cicho i czekasz, aż to zauważę. – pocałował mnie w płatek ucha.
- Co jeszcze potrafisz rozpoznać?
- Wiem, kiedy się denerwujesz, jesteś wtedy taka roztrzęsiona i przygryzasz dolną wargę.
- Ale to jest takie naturalne. Nie wiem czemu tak robię, już tak mam.
- Kocham cię. Nie wiem jak mógłbym żyć bez ciebie. – ścisnął mnie mocniej.
- Nie przesadzaj. Gdyby nie ja, teraz siedziałbyś już kompletnie pijany przy barze z Lucasem i podrywał panienki. – pomierzwiłam mu włosy.
- Nie, to on byłby pijany, a ja siedziałbym obok i wysłuchiwał jego smętnych historyjek o tym, jak to pięć lat temu zerwał z pewną dziewczyną, potem byłaby kolejna historia o tym jak to cztery lata temu zerwał z jedną dziewczyną, potem o tym jak trzy lata temu zerwał z jeszcze jedną. Znam to.
- Typowe.
- Czemu?
- Wy, faceci już tak jesteście skonstruowani. Najpierw znajdziecie idealną dziewczynę, którą pokochacie całym sobą, a potem spieprzycie sprawę na całej linii, paląc za sobą wszystkie mosty. I to wszystko tylko po to, żeby się przekonać, że ona była tą jedyną. – wytłumaczyłam mu gestykulując.
- No i okay, ale nie wymachuj tak tymi rękami. No chyba, że chcesz mi wybić zęby. – roześmiał się.
- Niekiedy się o to prosisz.
- Skarbie, wyskoczymy jutro do kina? – zapytał
- Jutro? Pewnie. A co grają?
- Nie wiem, ale znajdziemy coś dla siebie. – puścił mi oczko.

       Mój chłopak odwiózł mnie do domu. Umówiliśmy się na jutro o 18 pod kinem. Nie mogliśmy się rozstać, właśnie teraz kiedy miałam już wysiadać zrobił się najbardziej gadatliwy. Spojrzałam przelotnie na zegar w aucie i zrobiłam wielkie oczy. Była równa 19. Szybko, wybiegłam z auta rzucając za sobą niedbałe ‘pa’. ‘Pani Parker mnie zabije!’ Pomyślałam. Wbiegłam do domu, rzuciłam kurtkę na kanapę i cała zdyszana usiadłam na niej. Właścicielka domu siedziała naprzeciwko mnie, obok kominka skupiając swoją uwagę na dzisiejszej gazecie.
- Przepraszam bardzo Panią za spóźnienie – powiedziałam nierównym tempem. Oderwała się od gazety.
- Skarbie, nie musisz. Też kiedyś byłam młoda… choć pewnie ciężko w to uwierzyć – na jej zmarszczonej twarzy pojawił się ciepły uśmiech – Wiem jak to jest z młodymi, a zwłaszcza jak w grę wchodzi chłopak. – powróciła do czytania.
- Wiem, ale mimo wszystko jest mi strasznie głupio, bo obiecałam że będę troszkę wcześniej.
- Poradziłam sobie bez ciebie. Z resztą, będziesz miała wolny dom za miesiąc, bo wyjeżdżam do siostry do Irlandii. Nie będzie mnie długo, w końcu sobie ode mnie odpoczniesz – zażartowała.
- Co też Pani mówi? – pokiwałam przecząco głową.
- Ach moje dziecko…. Chodź tu, weź krzesło i usiądź obok mnie, porozmawiajmy. – zrobiłam jak kazała. – Powiedz mi, czy wszystko już z Willem jest dobrze?
- Tak. – wyszeptałam gapiąc się w ziemię.
- Czemu wydaje mi się, że nie ma przekonania w tym co mówisz? – chwyciła mnie za dłoń.
- Chyba trochę namieszałam. – spojrzałam w jej bladoniebieskie oczy. –Poznałam kogoś i nie wiem jak o tym powiedzieć Willowi, żeby nie wybuchła awantura.
- Kogo poznałaś? – zapytała spokojnie
- To był zwykły przypadek. Wczoraj na bankiecie ten chłopak wylał na mnie wino, a dokładniej na mój ulubiony krawat. Rozmawialiśmy krótką chwilkę, a dzisiaj przyszedł do Vicorii i dał mi prezent, nowy krawat w ramach rekompensaty za ten zniszczony. Jest bardzo miły, zabawny i umie mnie rozśmieszyć, a na dodatek jest bardzo przystojny. Jest tylko jeden problem, a właściwie dwa… po pierwsze boję się powiedzieć o tym Willowi, bo wiem że będzie na mnie zły i nie uwierzy, że to tylko przypadkowa znajomość, a po drugie to Louis Tomlinson. Mój idol z dawnych czasów. Jest super gwiazdą i pewnie już więcej się nie spotkamy, a szkoda, bo go polubiłam. – ponownie opuściłam głowę.
- Zauroczył cię? – zapytała.
- Tak. Nie. Nie. Nie. – odpowiedziałam błyskawicznie.
 - To, że cię zauroczył, to nic złego. Zauroczenie, to nie zakochanie ani tym bardziej miłość. Z zauroczenia może się zrodzić przyjaźń. Nikt ci nie mówi, żebyś wymieniła Willa na niego. Nieprawdaż?  - ścisnęła mocniej moją dłoń.
- Problem w tym – wzięłam głęboki wdech – że Czarny nic o nim nie wie. Ale kiedy się dowie, to będzie na mnie zły. On niczego nie zrozumie. Dla niego powiedzenie ‘cześć’ jakiemuś chłopakowi, to już zdrada. Nie wolno mi z żadnym rozmawiać, z wyjątkiem tego Davida z pracy, bo dobrze wie, jak bardzo go nie znoszę.
- Nie możesz mu pozwolić tak się ograniczać, tym bardziej, że z tego co mi wiadomo, on nie słyszy od ciebie żadnych zakazów a ni nakazów. – pokiwała głową.
- Możemy już nie rozmawiać o moim cudownym związku? – wybełkotałam.
- Dobrze, ale dopowiedz mi na jeszcze jedno pytanie. Kochasz go? Jesteś z nim szczęśliwa?
- To są dwa pytania. – rozpromieniłam się – Tak. Kocham go i jestem szczęśliwa.
- To dobrze. Jeżeli jesteś szczęśliwa, to i ja mogę spokojnie doczekać końca moich dni.
- Co ma Pani na myśli? – zaniepokoiłam się.
- Angel, wiesz, że zawsze chciałam mieć córkę. Ale tak się złożyło, że nie było mi to dane. Pół roku temu, kiedy się tu wprowadziłaś, dom n nowo nabrał życia i radości. Wniosłaś tu coś, czego od dawna w nim nie było, bo od 50 lat. Poza moją siostrą Mercy jesteś dla mnie jedyną rodziną. Jesteś jak wymarzona córka. Chcę twojego szczęścia. – staruszka mówiąc to patrzyła mi w oczy. Nic jej nie odpowiedziałam, jedynie przytuliłam ją mocno do siebie. To wystarczyło, żeby okazać jej co czuję wewnątrz.
          Kiedy już posprzątałam dom i wzięłam prysznic, znużona ległam na moim miękkim łóżku. Razem ze mną leżała czarna poduszka z postacią słodkiego aniołka i napisem Gluck Kissen. Miałam ją od zawsze. Prawdę mówiąc, nie sądzę, że umiałabym zasnąć bez niej. Może to trochę dziecinne z mojej strony, ale nie przejmuję się tym. Każdy ma jakieś swoje chore nawyki. A może nie? Sięgnęłam po stertę notatek i książek leżących pod łóżkiem. Były to wiadomości które musiałam pochłonąć chcąc kiedyś skończyć studia. Siedziałam nad nimi wszystkimi do pierwszej w nocy. 

5 komentarzy: