poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Wstęp + Rozdział I cz. I "Brytyjski deszcz… to jest to, co urzekło mnie tu najbardziej."



        Idąc tymi ulicami można poczuć się jak w bajce. To miasto ma w sobie tyle magii, której nie sposób nie poczuć. Inspirację można znaleźć tu na każdym kroku. To jedno z nielicznych miejsc, z których nie chce się wyjeżdżać. Londyn... miasto marzeń... kolorowe uliczki, które zapierają dech w piersiach turystom, czerwone Roadmastery, kursujące z jednego końca miasta na drugi, słynne, czerwone budki telefoniczne, czarne taksówki, Big Ben, Tower Bridge, zabiegani Brytyjczycy, a w tym wszystkim JA. Wyobraźcie sobie średniego wzrostu, szczupłą, blond włosom Polkę o słoweńskich korzeniach, z zielonymi, tajemniczymi, a jednocześnie rozmarzonymi oczami, które przyciągają dużą uwagę, malinowymi ustami, które uwielbiają się uśmiechać oraz dużo mówić. Jestem gadułą i nie boję się do tego przyznać.
 
           Mieszkam tu już od 4 lat. Jestem na czwartym roku filologii angielskiej. Raptem został mi jeszcze jeden końcowy egzamin i będę mogła odetchnąć z ulgą. Zawsze marzyłam o studiach na tym wydziale, ale w Polsce. Już w myślach widziałam jak przemierzam akademicki korytarz Uniwersytetu Jagiellońskiego z teczką mijając pozostałych studentów, rozmawiam z nimi, próbuję sobie ułożyć w głowie wszystko przed egzaminem. Wszystko się zgadza, może jedynie z wyjątkiem uczelni. Przeprowadziłam się tutaj z dnia na dzień, dla kaprysu, z głupoty, chcąc zyskać nowy wymiar samodzielności. Gdy tu przyjechałam wszystko wydawało mi się prostsze niż okazało się być w rzeczywistości. Wprowadziłam się do małego, ciasnego, rozpadającego się mieszkanka na Newham, na dzielnicę gangów, biedy, przemocy. Jednym zdaniem mieszkałam w londyńskich slumsach. Strach przed napadem czy kradzieżą był moim nieodłącznym towarzyszem przez 3 lata i 7 miesięcy. Można było dostać obłędu. Przemierzenie drogi na piechotę do przystanku autobusowego było aktem odwagi. Jedynie po powrocie, wieczorami czułam się bezpiecznie. Mieszkałam z 4 dziewczynami i 5 chłopakami. Było nas dość trochę, a nawet za dużo w cztero-osobowym mieszkaniu. Zdążyliśmy się zżyć i zaprzyjaźnić, jednak to nie zmienia faktu, że mieszkanie na kupie w tak niewyobrażalnej ciasnocie wywoływało masę sprzeczek. Myśleliśmy nad przeprowadzką do bezpieczniejszej okolicy, jednak wciąż żadne z nas nie miało wystarczająco dużo kasy. Znalazłam pracę w cukierni na Victoria Street. Dostawałam dość dobrą pensję, ale większość z niej inwestowałam w autobusy, żeby dostać się jakoś do pracy na czas. Przez to, że żyliśmy w tak dużej grupie, a zameldowane były tylko 4 osoby, w tym ja, czynsz wydawał się nam być niski. Jadaliśmy najtańsze produkty, oszczędzaliśmy dosłownie na wszystkim, żeby nie być na minusie. Mój chłopak – William, wielokrotnie proponował mi, żebym się do niego wprowadziła, ale nie byłam jeszcze na to gotowa. Spotykaliśmy się od roku. Poznałam go  przypadkiem spacerując po Londynie. Jest ode mnie starszy o rok, przez co myśli, że jest dużo mądrzejszy i dojrzalszy, ale w rzeczywistości jest na odwrót. Czarny -  bo tak go nazywam, ma swoje wady, jest leniwy, infantylny i kocha swoje psy ponad wszystko, ale ma też mocne strony. Jest opiekuńczy, wesoły, zabawny, słodki, nieprzewidywalny i bardzo podobny do mnie pod względem niektórych zachowań. Nie jest moim ideałem faceta, bo wygląda jak Bill Kaulitz, jest wysoki, szczupły, okolczykowany, ma 7 tatuaży, nastroszone, przefarbowane z brązu na blond włosy i trzydniowy zarost, ale w sumie lubię to jak wygląda. Wiele dziewczyn się za nim ogląda, jednak on ma to w dupie. Od razu daje im do zrozumienia, że tylko ja się liczę. W końcu udało mi się przeprowadzić na Westminster, samo centrum Londynu. Zamieszkałam w domu pewnej staruszki, jako jej opiekunka. Poznałam ją w cukierni. Często do nas przychodziła i zamawiała ciasto z bananami na wynos. Kiedy dowiedziałam się, że zachorowała i szuka kogoś do pomocy postanowiłam ją odwiedzić. Nie chodziło tu tylko i wyłącznie o dodatkowe pieniądze, czy o darmowy dach nad głową, ale o czystą sympatię do tej kobiety. Nigdy wcześniej nie spotkałam nikogo równie inteligentnego oraz obdarzonego taką klasą. Wytworność emanowała z każdego jej ruchu, uśmiechu, słów jakie wypowiedziała. 87- latka stała się moim autorytetem. 
        Kiedy tu przyjechałam nie wiedziałam kim jestem, czego chcę, czy to jest miejsce w którym będę mogła coś osiągnąć. Nadal niczego nie wiem. Mam 24 lata, 4 lata temu marzyłam o miłości, dobrej zabawie, przygodzie życia. Londyn ofiaruje mi to wszystko każdego dnia, ale czy aby na pewno jestem w ten sposób szczęśliwa?

***

- Jesteś takim debilem… - usłyszałam wchodząc do mojego dawnego mieszkania na Newham. Wnętrze budynku było bardzo ubogie, ściany odrapane, ogrzewanie działało kiedy miało na to ochotę, niekiedy były problemy z wodą i z przeciekającym dachem. Nienawidziłam tego miejsca tak bardzo, ale przychodziłam tu ze względu na moich dawnych współlokatorów. – Boże… zachowujesz się jak kompletny idiota! – krzyknęła Linda, moja młodsza współlokatorka. Weszłam w głąb ciasnej kuchni w której toczyła się zacięta kłótnia między moim chłopakiem, który miał na mnie czekać na miejscu, a Niemką. Ta dwójka nienawidziła się nawzajem. Kiedy tylko się spotykali nie potrafili pohamować w sobie docinek. Byli tak zaaferowani kolejną bezsensowną sprzeczką, że nawet nie zauważyli, że weszłam.
- Ymhm.. – krząknęłam – wtedy ich oczy skierowały się na mnie.
- Kochanie! – ucieszył się Will – już jesteś? – zapytał poczym podszedł aby mnie pocałować.
- Błagam was. To jest obrzydliwe. Jak ty możesz całować tego palanta? – zapytała wychodząc z kuchni do pokoju obok, który dzieliła ze mną, Kate oraz Darcy.
- Zazdrościsz? – krzyknął za nią Czarny – Ciebie nawet za dopłatą nikt nie pocałuje. Jesteś beznadziejna. – dodał.
- Cholera! – krzyknęłam.
- Co jest piękna? – zapytał obejmując mnie czule.
- Już ty dobrze wiesz co! – uwolniłam się z jego ramion. – Po co jej tak dokuczasz? Przecież wiesz jaka ona jest! Nie pomyślałeś, że jeżeli ty spróbowałbyś być dla niej miły, to ona też potraktowałaby cię inaczej? – zapytałam już spokojniejszym tonem.
- Ale to ona zaczyna. Przecież wiesz. Jest jak dziecko. – bronił się
- A ty niby jesteś lepszy?
- Tak. – podszedł do mnie ponownie, objął mnie w pasie i pocałował w nosek. – Lubiłam kiedy tak robił.
-  Angel, możesz powiedzieć temu bałwanowi, że zima się skończyła i czas żeby stąd spływał? – rzuciła Linda.
- Słucham? – roześmiał się Czarny – A ty wiesz, że to zdanie nie miało żadnego sensu? Jesteś zabawna jak grzybki Fungi.
- A czy ty wiesz, że jesteś pedałem? – syknęła.
- A wiesz kim ty jesteś? Jesteś… 
- Cicho! - przerwałam Czarnemu w pół zdania. - Mam już was dość. Nie możecie chociaż raz się nie kłócić? Skoro tak się nienawidzicie, to dajcie sobie po razie, albo nie wchodźcie sobie w drogę. – wyszłam z kuchni i usiadłam w pokoju. Awantura ucichła.
- Przepraszam – wyszeptał Czarny wchodząc do mnie.
- Daj spokój, jutro będzie to samo. Znam was. – westchnęłam opadając na łóżko. Byłam już zmęczona tym wszystkim. Chciałam się położyć, zasnąć i obudzić w lepszym świecie. Will legł obok mnie, objął mnie w pasie, zaczął całować po szyi. Lubiłam sposób w jaki mnie całował. To było takie niewinne, delikatne, takie piękne.
- Kocham cię – wyszeptał mi do ucha.
- Wiem – odpowiedziałam podnosząc się z łóżka, chłopak spojrzał na mnie pytająco – nie wypada leżeć w czyimś łóżku. – wyjaśniłam.
- Niby czemu? Nikogo jeszcze nie ma poza nią. – szukał wymówek.
- Jesteś dziwny, wiesz? – przewróciłam oczami i się roześmiałam.
- Wiem i za to mnie kochasz, prawda?
- Prawda. – pochyliłam się nad nim i złożyłam pocałunek na jego ustach. – Wstawaj, musisz mnie zawieść do domu.
- Teraz? To po co tu przyjeżdżałaś? – zapytał z irytacją
- No bo chciałam zobaczyć jak sobie radzą
- To nie są dzieci, dadzą sobie radę bez ciebie. – wstał i stanął naprzeciwko mnie
- Ale to nie zmienia faktu, że się o nich troszczę, to jest Newham a nie Chelsa (to dzielnica artystów i polityków, a także wielkich rezydencji i skandali. Można tam znaleźć stylowe restauracje oraz bardzo drogie domy, w tym dom Willa).
- Przestań! – krzyknął.
- Nie! Ty nie wiesz co to znaczy tu mieszkać. Jak osoba z Chelsa’y może wiedzieć, co to znaczy żyć w slumsach? – zapytałam
- Zawsze musisz taka być?
- Jaka?
- Taka uprzedzona! Jesteś…
- Skończ już. – przerwałam mu – Zawieziesz mnie, czy mam iść na autobus? – spojrzałam na niego i skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej. Czarny zmierzył mnie wzrokiem i kazał iść za sobą. Był na mnie wściekły, ja z resztą na niego też. W aucie nie odezwał się do mnie ani słowem. Milczał przez pół godziny i nawet nie był łaskawy spojrzeć w moim kierunku. Gdy już znaleźliśmy się pod domem pani Parker wysiadłam z auta trzaskając drzwiami. Miałam w dupie, że nie powiedziałam mu cześć i tak nie odpowiedziałby mi. 
Przekręciłam klucz w drzwiach, weszłam do dużego domu o poważnym, starodawnym, typowo angielskim wystroju. Pani Parker krzyknęła z drugiego końca domu:
- Aniela, to ty?! – usłyszałam. Aniela była moim prawdziwym imieniem. Nienawidziłam go. Odkąd sięgam pamięciom mówiono na mnie Angel.
- Tak, to ja! Już do  pani idę, tylko zaniosę torebkę do pokoju. – krzyknęłam.
- Dobrze… Aniela, moje dziecko, jeszcze jestem sprawna, więc nie musisz koło mnie aż tak biegać, sama dam radę do ciebie podejść. – mówiła donośnym głosem zbliżając się do mnie podpierając się laską.
- Dzień dobry pani – uśmiechnęłam się i chwyciłam ją pod rękę. – Jak się pani dzisiaj czuje? – zapytałam odprowadzając ją do salonu, gdzie zwykle o tej porze obie piłyśmy herbatę z sokiem malinowym.
- Miałaś odnieść torebkę – rzekła zasapana
- Za chwilkę odniosę, torebka może poczekać, zrobię nam obu herbatkę, pójdę się przebrać i odnieść torebkę. – odpowiedziałam – Więc jak samopoczucie dzisiaj? – ponownie zapytałam. Staruszka usiadła na fotelu i spojrzała na mnie wesoło
- Bardzo dobrze moje dziecko. Dzisiaj czuję się wybornie. Ale widzę, że ciebie coś gryzie.
- Mnie? Nie…
- Nie oszukasz mnie, przecież widzę. Powiesz mi cóż to takiego, czy sama mam to z ciebie wyciągnąć na siłę?
- Pokłóciłam się z Willem i to zupełnie bez powodu.
- Dziecko, kłótnie się zdarzają. Nie ma związku w którym nie występują drobne lub większe konflikty. Wszystkie przybierają kształt próby, która może was poróżnić, lub uczynić was silniejszymi w waszym uczuciu. Jeśli przetrwacie te małe nieporozumienia, większe będą dla was lada zmartwieniem.
- To nie jest takie proste Pani Parker. My już nie potrafimy się porozumieć w najprostszych rzeczach. Zależy mi na nim, ale nie umiem go zrozumieć.. a on mnie.
- Will jest mężczyzną, który lubi być w centrum uwagi. Z pozoru wesoły, milutki, spokojny, ale jak przyjdzie co do czego lubi pokazać pazurki. Nie mów, że nie. Ostatnio dość często masz zmartwienia spowodowane jego osobą. Nie zaprzeczaj, bo to nie mnie oszukasz, tylko siebie samą, a oszukiwanie samej siebie jest najpodlejszym z wszelkich oszustw.
- Myśli Pani, że nie dobraliśmy się? – zapytałam.
- Ja nie mam prawa mówić ci czy powinnaś dalej trwać w tym związku, ale mogę ci jedynie powiedzieć, że jego nie zmienisz Angel. To typ, który ucieka przed ryzykiem ulepszenia swojego charakteru, zbytnio się boi całkowitego przywiązania do kogoś. Lepiej jest mu uciec.
- Ca ma pani na myśli?
- Nic.
- Woda się zagotowała.
***

          Kiedy wypiłyśmy herbatę, Pani Parker położyła się spać. Co prawda, była dopiero 19, ale dla niej to normalna pora, żeby kłaść się do łóżka. Zmieniłam ubranie na to bardziej ‘domowe’, włączyłam kuchenne radio i zabrałam się za zmywanie. Kochałam słuchać muzyki, nie przebierałam zbytnio w gatunkach. Zwykle słuchałam rocku, muzyki którą można było usłyszeć w radiu, niektórych boy bandów typu The Wanted i One Direction (Will ich nienawidził!) oraz… ostatnio próbowałam się oswoić Chopinem. Staruszka uwielbiała jego muzykę. Może dlatego, że w młodości sama była pianistką. Miała szansę na ogromną międzynarodową karierę, ale wybrała inne priorytety. Dom był dzisiaj w dobrym stanie, zmywanie naczyń i zamiatanie salonu w zupełności wystarczyło, aby na nowo był czysty. Czułam się dziwnie w tym domu. Byłam u siebie, ale jakby… sama nie wiem. Czegoś mi tu brakowało. Byłam tu praktycznie sama. Pani Parker wcześnie kładła się spać, nie było do kogo nawet gęby otworzyć, w telewizji leciały same anglojęzyczne stacje, na laptopie nie dało się ciągle siedzieć. Chętnie zaprosiłabym Czarnego, ale on jest teraz na mnie obrażony. Wątpię, czy nawet byłby łaskaw odebrać telefon. Cały on. Kiedy się już obrazi to na amen. Postanowiłam jednak zaryzykować i zadzwonić. Ktoś musiał, przecież on nie wykonałby pierwszego ruchu. Położyłam się na miękkim materacu w moim pokoju, wzięłam do ręki telefon i wykręciłam jego numer z pamięci. Po trzecim sygnale odezwał się po drugiej stronie jego głos:
- Angel? – usłyszałam  
- Cześć… - nie wiedziałam co mogę mu powiedzieć
- Coś się stało?
- Czemu myślisz, że coś miałoby się stać? Nie mogę do ciebie zadzwonić? Tak po prostu?
- Tak po prostu? Możesz ale – wziął wdech – nie mam czasu teraz rozmawiać
- Przepraszam – przerwałam mu
- Ja ciebie też. Zachowałem się jak palant. Wiem, że się o nich boisz i wiem też, że sprawiłem ci przykrość.
- To nie o to chodzi.
- Więc?
- Sama nie wiem. Przyjedziesz do mnie? Nudzę się.
- W sumie miałem dzisiaj… Dobra, będę do godziny.
- Do zobaczenia.
- Kocham cię

- Ok, ok., pa. 

       Położyłam telefon pod poduszką i zeszłam na dół. W domu rozlegał się irytujący odgłos chrapania. To było straszne i nigdy, serio, nigdy nie przyzwyczaję się do tego dźwięku. Usiadłam na parapecie w kuchni i wpatrywałam się w późnojesienny krajobraz miasta. Drzewa popychane przez wiatr tańczyły tango, pełne brutalności i pożądania. Liście miotały się po wilgotnej od deszczu trawie. Brytyjski deszcz… to jest to, co urzekło mnie tu najbardziej. Nigdzie, w żadnym zakątku świata, nie ma on takiego zapachu, delikatności i dostojności?  Można tak chyba powiedzieć o spadającym z nieba deszczu? Przypomniało mi się wtedy, jak opisywałam deszcz, przyrównując go do malutkich aniołków spadających z nieba w postaci chłodnych kropel. Za oknem była szarówka typowa dla listopada, którą rozproszyły rażące światła samochodu. Przyjechał. Pozostawił swoje srebrne Audi Q7 za bramą wjazdową i szybko biegł ku drzwiom zmagając się z małymi aniołkami. Przeciągnęłam się leniwie i zeskoczyłam z parapetu. Założyłam na siebie rozciągnięty sweter i poszłam otworzyć mu drzwi. Czarny wpadł do środka jak wicher.
- Czemu tak długo? – zapytał na wejściu.
- A dobry wieczór, to gdzie? – zapytałam krzyżując ręce na klatce piersiowej i unosząc lewą brew do góry.
- Przepraszam kochanie… - zdjął kurtkę i odwiesił na wieszaku przy drzwiach. – Dobry wieczór – pocałował mnie czule i udaliśmy się do mojego pokoju.
- Paskudna pogoda – usiadłam na łóżku opierając się o ścianę.
- Możemy coś na to poradzić. – uśmiechnął się łobuzersko, usiadł naprzeciwko mnie i zaczął błądzić dłońmi po moich plecach całując mnie przy tym po szyi.
- Przestań, ona śpi na dole. Nie wypada.
- No właśnie, śpi, a poza tym jest głucha ja pień, więc nic nie usłyszy. – kontynuował
- Will, daj spokój. – odepchnęłam go.
- No dobra. – nadal siedział naprzeciwko mnie. Widziałam, że się trochę obraził. Gdybym nie wiedziała, że obrażanie się to jego metoda na wszystko, to kto wie? Może bym się nawet przejęła.
- Co miałeś zamiar dzisiaj robić? – zapytałam.
- Nic.
- Jak to nic? Przecież mówiłeś, że nie masz czasu, więc?
- Chciałem iść z kumplami na piwo, czy coś. Lucas wrócił wczoraj z Leeds, chciałem się z nim spotkać. – usadowiłam się wygodnie, naciągnęłam sweter na kolana opierając na nich łokieć. Słuchałam tego co mówił.
- Więc czemu nie poszedłeś?
- Wolałem się spotkać z tobą.
- Kochany jesteś. Ale mnie wkurzasz i to często. – spojrzałam w jego głębokie, brązowe oczy.
- Wiem, ale sama dobrze wiesz, że też nie jesteś aniołkiem. – uśmiechnął się szeroko .
- Jak to  nie? – zdziwiłam się – Przecież sam mnie tak nazywasz, Angel, nie pamiętasz? – pokazałam mu język.
- I chyba właśnie najwyższy czas to zmienić. – Pokiwał głową i oparł brodę na moim kolanie.
- Mów na mnie Candy, to jest takie słodkie. – zachichotałam.
- Candy? Nigdy w życiu. Jak to brzmi? – zapytał z promiennym uśmiechem.
- Normalnie. Tak samo jak Czarny. – przewróciłam oczami.
- Właśnie dlaczego mówisz na mnie Czarny? Przecież jestem blondynem.
- No tak, ale farbowanym. – zaczęłam bawić się jego włosami.
- Wyskoczymy gdzieś jutro? Myślałem, że może pojedziemy razem na kręgle? Weźmiemy ze sobą Lucasa i Ally. Co ty na to?
- Oj tak, chętnie. Ale nie dam rady. – westchnęłam
- Czemu?
- Jutro mam pomagać w jakimś przyjęciu.
- Jak to pomagać?
- No… to ma być coś w ramach cateringu, ale z ciastem. Mam zawieść ciasto, ładnie się ubrać i w kuchni nakładać je kelnerom na talerz, aby ci zanosili je gościom. – wyjaśniłam.
- Aha, a nie możesz odmówić? – zapytał.
- Nie, wszyscy jutro albo mają urlop, albo zwyczajnie powiedzieli szefowej, że mają to w dupie, bo nie będą tam za darmo siedzieć aż do nocy.
- A ty nie możesz tak zrobić?
- Nie? Ponieważ potrzebuję pracy?
- Tylko pytałem. – podniósł się z łóżka i oparł o biurko naprzeciwko.
- Ta impreza ma być na Chelsie. Wiesz może kto mógłby ją organizować?
- Na Chelsie? W sumie obiło mi się o uszy, że kroi się jakiś bankiet czy coś. Ten producent coś robi jutro.
- Jaki producent?
- No ten co ma studio nagrań.
- Z jakiej okazji?
- Nie wiem, ale to ma być coś dużego. Będą różni ludzie  z różnych środowisk.
- Swoją drogą ciekawe, jak oni wynaleźli naszą cukiernię. Nie jesteśmy popularni.
- Ale zajmujecie się pieczeniem ciast na różne uroczystości i tak się składa, że powiedziałem mamie że wasza firma jest dobra, więc może ona to posłała w obieg.
- Gdyby reszta pracowników wiedziała u kogo mamy na jutro zlecenie już dzisiaj czatowałaby gdzieś pod jego domem. Jestem tego pewna. Wszystko zrobią dla pogłosu i po to żeby się potem chwalić, że gdzie ja to nie byłem…. Okropność, a kogo to w ogóle obchodzi? – Czarny zaśmiał się cicho i kucnął obok mnie.
- Moja mała wariatka. – musnął moje usta. – Miłej zabawy.
- Idziesz już? Dopiero 21.
- Musisz się wyspać na jutro, a ja chcę jeszcze się spotkać z Lucasem.
- O tej porze?

- Jeszcze wcześnie. 


       Odprowadziłam go do drzwi i poszłam wziąć długą kąpiel. Myślałam nad jutrem. Z jakiegoś dziwnego powodu się denerwowałam. Może było to spowodowane tym, że pojadę obsługiwać bankiet jakiejś grubej ryby z tylko jednym pomocnikiem – Davidem. Najbardziej zarozumiałym dupkiem którego znałam. Uważał się za najlepszego we wszystkim co robi i wymagał od innych żeby bili mu brawo i wychwalali go pod niebiosa za nic. No trudno, jakoś to przeżyję. Będę przecież tylko nakładać ciasto na talerzyki, co wielkiego może się zdarzyć?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz