Był 11 grudnia. Paskudna pogoda, zamiast śniegu deszcz. W sumie to chyba typowe dla naszego klimatu. Śnieg zawsze spada albo za późno, albo za wcześnie omijając święta. W pracy zero ruchu. Szefowa miała dobry humor gdyż planowała Boże Narodzenie na Karaibach. Tej to dobrze. Po pracy pojechałam do domu Evansów. Miałam być o 16. Przez korki i spóźniony autobus dojechałam na 18. Zdjęłam szybko mokrą kurtkę, powiesiłam na wieszaku, przywitałam się ze służbą i pobiegłam do pokoju mojego chłopaka.
- Cześć misiek – pocałowałam go w
policzek.
- Czekam na ciebie od dwóch godzin.
– przekręcił oczami.
- Tak wiem, ale…
- Wypadło ci niespodziewane
spotkanie z Louisem? – przerwał mi w połowie zdania.
- Co ty mówisz? Nie widziałam się
dzisiaj z Louisem.
- Aha.
- Jesteś na mnie zły? Słuchaj,
spieszyłam się, bo chciałam być na czas, ale autobus się spóźnił i na dodatek
były korki.
- Okay. To czemu on cię nie
podwiózł? Przecież mogłaś po niego zadzwonić.
- Do czego ty znowu bijesz? Naprawdę
chcesz się kolejny raz pokłócić o niego? Kiedy ty w końcu zrozumiesz, że my się
tylko przyjaźnimy? Mam już dość tych ciągłych podejrzeń. Jesteś moim facetem.
Nie zapominaj o tym. – kucnęłam obok fotela na którym siedział. Chwycił mnie za
dłoń i usadowił na swoich kolanach.
- Przepraszam. Faktycznie zachowuję
się jak debil, ale co ja na to poradzę, że jestem o ciebie tak chorobliwie
zazdrosny? On przychodzi do ciebie do pracy, jest blisko ciebie. To ja jestem
twoim facetem, ja powinienem być najbliżej ciebie, a nie jakiś tam pajac z
telewizji.
- Jesteś zazdrosny, bo mnie kochasz.
- Czasami sam nie wiem za co mnie to
spotkało, że zakochałem się w takiej skomplikowanej, przemądrzałej, twardej
dziewczynie jak ty.
- Kiedyś widocznie byłeś gnojkiem. –
pocałowałam go.
- Wkurzasz mnie.
- Nie narzekaj, że ci źle ze mną. –
pocałowałam go w nos – Kochanie, a pamiętasz co jest w przyszłą sobotę?
- Co?
- Nie mów, że zapomniałeś! Mieliśmy
razem spędzić cały dzień. Wiesz, tylko ty i ja, sami, nikt nam nie będzie
przeszkadzał. Mrr. – zamruczałam mu do ucha.
- Tak, teraz już pamiętam, ale tak
się składa, że już się umówiłem na sobotę. Przepraszam cię.
- Umówiłeś? Świetnie. Ciągle
narzekasz, że nie mam dla ciebie czasu, a kiedy chcę spędzić z tobą dzień, ty
masz lepsze rzeczy do roboty. Ekstra.
- To nie tak. Chciałem skoczyć na mały clubing z
chłopakami. Możesz iść z nami.
- Wiesz co? Spadaj!
- Ale Angel!
Wybiegłam z jego domu równie szybko
jak tam wcześniej wbiegłam. Co on sobie do cholery wyobrażał? Chciałam w końcu
spędzić z nim trochę więcej czasu, na nowo się w nim zakochać w tamten dzień,
poczuć się tak jak wtedy, kiedy po raz pierwszy mnie pocałował. Dla niego
oczywiście ważniejsi są kumple. Mogłam się domyślić. Wracałam na nogach do
domu. Po policzku spływały mi łzy. Bolało mnie to, że nie znaczę dla niego
więcej niż Lucas. Ludzie którzy mnie mijali, patrzyli na mnie jak na skończoną
ofermę i łamagę. Lało jak z cebra, a ja pałętałam się w przemoczonej bluzie z
kapturem na głowie, cała trzęsłam się z zimna. Pewnie wyglądałam jak bezdomny.
Deszcz oraz mrok zamaskowały moje łzy. O tyle był pomocny tego wieczoru. Z
naprzeciwka jechała jakaś fura, chyba czerwone porsche, przejeżdżając obok mnie
trochę zwolniło, następnie ruszyło z piskiem opon. Ujechało jakieś 20 metrów,
poczym zawróciło na podjeździe sklepu i zatrzymało się koło mnie. Osoba
siedząca w środku otworzyła dla mnie drzwi od strony pasażera na oścież.
Pochyliłam się i lekko, niepewnie zajrzałam do środka.
- Podwieźć panią? – usłyszałam. Był
to Tomlinson. Nie udzieliłam mu odpowiedzi tylko wpakowałam się do środka. –
Widzę, że jesteś dzisiaj w fantastycznym humorze. – skomentował. – Jesteś cała
mokra, przeziębisz się. – dodał po chwili mojego milczenia.
- Mam to gdzieś – wymamrotałam i
odwróciłam wzrok w stronę szyby.
- Ale ja nie mam tego gdzieś.
Zawiozę cię do domu i zrobię gorącej herbaty na rozgrzanie. Tylko powiedz mi
najpierw jak mam tam trafić. – Wytłumaczyłam mu drogę do mnie, nadal wpatrując
się w okno.
Szybko znaleźliśmy się u mnie. Nie
byłam rozmowna, praktycznie wcale się nie odzywałam. Tomlinson się rozgościł
już od progu.
- Okay, idź wziąć gorącą kąpiel,
ubierz się w ciepłe ciuszki, a ja w tym czasie rozpalę w kominku, zrobię nam
gorącej herbaty i coś co zjedzenia.
- Ale…
- Dam sobie rade, a ty idź się zająć
sobą. – pogładził mnie dłonią po policzku.
Zrobiłam jak mi kazał. Wykąpałam
się, wysuszyłam włosy i założyłam ciepłe ubrania. Trochę się ożywiłam. Kiedy
zeszłam na dół byłam w szoku. Piosenkarz przygotował dla nas coś w ramach
pikniku. Rozłożył koc tuż przy kominku, zrobił masę kanapek, wyjął z lodówki
truskawki i oblał je bita śmietaną oraz zaparzył czarną herbatę. To było bardzo
miłe z jego strony.
- I jak ci się podoba? – zapytał. –
Czekaj, jeszcze trzeba włączyć muzykę. – nastawił radio. Leciały praktycznie
same ballady.
- Przeszedłeś samego siebie.
Dziękuję. – uśmiechnęłam się delikatnie. On podszedł do mnie i mocno mnie
przytulił.
- Wszystko, żeby zobaczyć twój
uśmiech. –wyszeptał mi do ucha. – Da się pani prosić do tańca? – złączył nasze
spojrzenia.
- Nie wiem czy…
- To tylko taniec. – przerwał mi w
połowie zdania i chwycił mnie za dłonie. Przysunęłam się do niego, on objął
mnie w talii a ja zawiesiłam na nim dłonie. Zaczęliśmy tańczyć. Było
romantycznie. Czułam dziwne uczucie w sercu. Nie wiem jak mogłabym je opisać.
Było niecodzienne. Może to dziwne, ale zapragnęłam, żeby Czarny też się tak ze
mną obchodził.
- No, dobrze się ruszasz. – zaśmiał
się cichutko.
- Z porównaniu z kłodą na pewno. –
na mojej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Potańczyliśmy jeszcze chwilkę,
poczym usiedliśmy na kocu i zaczęliśmy się zajadać pysznymi kanapkami. Tomlinson
legł obok mnie i podparł głowę nadgarstkiem.
- Teraz mi powiedz. – zaczął.
- Co takiego?
- Czemu płakałaś.
- Słucham? – udawałam, że nie mam
pojęcia o czym mówi.
- Angel, nie kłam. Widziałem. To
przez Willa? – spojrzał mi w oczy.
- Tak. Wszystko się pieprzy.
- Co konkretnie? Powiedz, przecież
możesz mi zaufać. O wszystkim zawsze rozmawiamy, więc…
- On ma mnie w nosie. W sobotę
planowaliśmy spędzić razem cały dzień. Mieliśmy zapomnieć o wszystkim i cieszyć
się sobą. A on co? Dzisiaj powiedział mi, że nie da rady się ze mną spotkać, bo
idzie na clubbing z kumplami. No i okay, nie mam nic przeciwko tym jego
wypadom, ale dlaczego musi je planować właśnie wtedy, kiedy ma być ze mną?
- To dupek. Facet, któremu zależy na
dziewczynie tak nie robi. Ja nigdy bym ci nie odwalił takiego numeru.
- On jest na mnie wściekły o to, że
z tobą rozmawiam, a sam się kręci ciągle koło swojej sąsiadki.
- Nie pozwala ci się ze mną widywać?
- Nie. A gdybym ja mu zwróciła uwagę
o tę dziewczynę, to byłaby straszna awantura.
- Rzuć go.
- Słucham?
- Rzuć go. Zostaw go. Odejdź od
niego. Powiedz mu Bay-bay. Celuj w niego sorbetem, dosyp mu soli do kawy,
powiedz że jest ciotą i że ma spływać.
- Nie mogę.
- Dlaczego? Kochasz go?
- Chyba tak.
- A on ciebie?
- Mówi że tak.
- Mówi? A okazuje ci to w jakiś
sposób?
- Nie.
- Masz odpowiedź.
- Dlaczego to tak boli? – zaczęłam
płakać. Chłopak wziął mnie w ramiona i mocno przytulił do swojego torsu
głaszcząc mnie przy tym po głowie.
- Zawsze boli. Cichutko. Wszystko
będzie dobrze. Jestem przy tobie. – powiedział. Odpowiedziałam mu ciszą. Zamilkłam
i mocniej się w niego wtuliłam. W końcu zasnęłam.
Rano obudziłam się w moim pokoju.
Przetarłam zaspane oczy, poczym rozejrzałam się dookoła. Byłam sama. Leniwie
wstałam i odsłoniłam ciemne zasłony. Promienie grudniowego słońca wpadły do
środka oślepiając mnie. Na biurku leżała mała karteczka. Chwyciłam ją palcami i
zaczęłam czytać na głos ‘Nareszcie
wstałaś ;* Nie martw się, uprzątnąłem nasz piknik. Wpadnę do ciebie wieczorem.
Louis.’ Było południe. Przez okno widziałam zziębniętych Brytyjczyków.
Wszyscy byli zabiegani. Typowe. Dobrze, że dzisiaj miałam dzień wolny. Inaczej
szefowa zabiłaby mnie gdybym zaspała i nie zjawiła się w pracy. Usiadłam na
parapecie i wzięłam głęboki wdech. ‘Może
Lou ma racje? Może rzeczywiście powinnam od niego odejść? A co jeśli się okaże,
że to jest ten jedyny? Gdybym go zostawia, mogłabym stracić sens życia. To musi
być miłość… w złym razie przyzwyczajenie, a
w jeszcze gorszym uzależnienie. Dlaczego on mi nie ufa? Czemu nigdy nie
akceptuje moich znajomych? Nawet tych z Newham nie lubił. Co jest grane? Zawsze
się z nimi kłócił, jakby był zazdrosny o to, że nie tylko jemu poświęcam uwagę
w swoim życiu. Był też zawsze zły o moje studia. Chciał żebym je rzuciła.
Twierdził, że nie potrzebuję ich dopóki jestem z nim. Wmawiał mi, że lepiej
byłoby gdybym z nich zrezygnowała, bo wtedy moglibyśmy wspólnie przeprowadzić
się do Los Angeles i żyć jak królowie. Chyba ja nie chcę już żyć jak królowa z
nim, albo po prostu nie należę do jego królestwa? Nie chcę być królewną
zamkniętą w zamku. On niczego nie rozumie’. Zeskoczyłam z parapetu i
zerknęłam na telefon znajdujący się na biurku. Zero wiadomości. Nic nie
napisał, nawet nie próbował do mnie zadzwonić. ‘Teraz kurwa widzę jak ci zależy’. Powiedziałam do samej siebie ze
łzami. Żeby się czymś zająć wzięłam do ręki odkurzacz i zaczęłam sprzątać. To
mnie ani trochę nie uspokoiło, ale przynajmniej ręce miały spokój i nie rwało
je do napisania nawet króciutkiego smsa do Evansa. Po robocie dokończyłam
kanapki z wczoraj. Nie były już aż takie smaczne jak ubiegłego wieczoru, ale
dało się przeżyć. Podeszłam do dużego lustra wiszącego w korytarzu. Wyglądałam
źle. Włosy w nieładzie, pomięte ciuchy z wczoraj i blada twarz pełna zmartwień.
Zrobiło mi się siebie żal. Powyciągałam więc z szafy śliczne, modne ubrania,
wzięłam szybki prysznic i założyłam je na siebie. Chciałam wyglądać ładnie. Nie
dla kogoś, tylko dla samej siebie.
Około 19 usłyszałam dzwonek do
drzwi. Nie chciało mi się ruszać tyłka sprzed telewizora i iść otwierać drzwi,
ale zmusiłam się do tego. Spodziewałam się, że za nimi stoi Lou.
- No witaj ślicznotko! – krzyknął
wesoło i wparował do środka.
- Cześć Lou. – uśmiechnęłam się
delikatnie. Chłopak zmierzył mnie wzrokiem od stóp aż po głowę i rzekł:
- Mrrr… jak pięknie dzisiaj
wyglądasz. – poczym pocałował mnie w policzek.
- Dziękuję. – puściałam mu oczko.
- Patrz co mam! – ponownie krzyknął.
- Wow! Trzy marchewki! – roześmiałam
się.
- Mniam. Nieprawdaż? – poruszył
brwiami.
- Ależ oczywiście. – zauważyłam, że
on ponownie lustruje mnie wzrokiem. – Co?? – zapytałam z promiennym uśmiechem.
- Nic, jesteś piękna. – szepnął.
- A ty głupi.
- No i dalej nic o sobie nie wiemy.
– wzruszył ramionami.
- Bywa.
- Co robiłaś, gdy mnie nie było?
- Robiłam to czego nie robię, kiedy
przy mnie jesteś.
- Błyskotliwa odpowiedź.
- Dziękuję. Daj mi moją marchewkę. –
szturchnęłam go w ramię. Przenieśliśmy się na kanapę. Oglądaliśmy jakąś komedię
i zajadaliśmy się dwiema marchewkami. Trzecia leżała na stole i obiecał mi że
tamta będzie również moja.
- Muszę iść do toalety. –
oświadczyłam i zniknęłam za drzwiami pomieszczenia obok. Kiedy wróciłam
zobaczyłam, jak Lou wcina moją marchewkę. – Ty zdrajco! Ona miała być moja. –
krzyknęłam i podbiegłam do niego.
- No nie wydaje mi się. – pokazał mi
język i dalej ją jadł.
- O ty! Oddawaj! – krzyknęłam.
- Nie. – rzucił.
- Okay. Lou patrz, ktoś jest za
oknem! – krzyknęłam przerażona i wskazałam chłopakowi o które okno właściwie mi
chodziło. Tomo odwrócił swoją głowę w wskazanym przeze mnie kierunku, a ja
korzystając z okazji wyrwałam mu moją marchewkę. – Dzięki. – powiedziałam i
posłałam mu całusa. – Cholera, zjadłeś już połowę.
- Oddaj mi ją! – krzyknął, wstał z
kanapy i zbliżył się do mnie.
- Eee - eee. – pokiwałam przecząco
głową i schowałam warzywo za plecami.
- Tak się chcesz bawić? – zapytał
śmiejąc się. Ostrożnie pchnął mnie na ścianę za mną i zaczął łaskotać. Starałam
się trzymać pomarańczowe warzywo tak mocno jak tylko umiałam.
- Pooooojebało? – zapytałam śmiejąc
się.
- Oddaj co nie twoje. – odparł
przestając mnie na moment łaskotać.
- Ale to jest moje. Obiecałeś…
- Oddaj a przestane.
- Nie. – pokiwałam przecząco głową.
- Okay. Jak chcesz. – zaczął mnie na
nowo kitkać.
- Aw! – zapiszczałam. Marchewka
wypadła mi z dłoni i spadła na ziemię turlając się po niej aż pod stół. Oboje z
Tomlinsonem spojrzeliśmy na siebie poczym szybko rzuciliśmy się na ziemię za
nią. – Mam! – krzyknęłam już prawie dotykając warzywa.
- Niczego nie masz! – krzyknął Lou i
przywarł mnie do podłogi swoim ciałem.
- Any fukin problem chłopczyku? –
zapytałam śmiejąc się i próbując wydostać się spod niego.
- Yes – odpowiedział już
poważniejszym tonem. Spojrzałam mu w oczy. Znowu te zielono-niebieskie tęczówki
mnie pochłonęły. Prawie straciłam dla nich głowę w tamtym momencie. Lou
przybliżył twarz do mojej. Nasze usta dzieliły już tylko milimetry. Wtedy
głośny huk zamykanych drzwi sprowadził nas z powrotem na ziemię.
- Przeszkodziłem wam w czymś? – skierowaliśmy
wzrok w stronę wejścia, gdzie stał Czarny z założonymi rękami.
- Yyyy… to ja… - Lou wstał ze mnie i
podał mi dłoń żeby mi pomóc. – To nie to na co to wyglądało. Słowo. – zwrócił
się do rozwścieczonego Willa.
- Zamknij się. – syknął blondyn.
- Will, przestań, my się tylko
wygłupialiśmy. Przysięgam. – podeszłam do niego i chciałam chwycić go za dłoń,
jednak nie pozwolił mi na to. Nic mi nie odpowiedział.
- Może już sobie pójdę…. –
wymamrotał niepewnie Tomo.
- Tak chyba będzie lepiej. –
zwróciłam się do niego. Piosenkarz niepewnie minął Czarnego, nacisnął klamkę
drzwi i zniknął za drzwiami.
- Will… proszę cię, zanim cokolwiek powiesz,
wysłuchaj mnie. To co tu widziałeś, to była tylko głupia, niewinna zabawa. Nie
masz powodu do zazdrości. Nie chciałam, żeby to tak wyglądało. – zaczęłam się
tłumaczyć. Chłopak wysłuchał mnie ze spokojem, poczym odparł:
- To koniec. – Wyszedł z pokoju i
zaczął kierować się w stronę drzwi. Kiedy dotarło do mnie, to co powiedział
przed momentem pobiegłam za nim i chwyciłam go za dłoń, kiedy był już przy
wyjściu z mojego domu. Spojrzałam w jego oczy, były zaczerwienione, gromadziło
się w nich pełno łez. Jego usta drżały. Zrozumiałam, że on już mi tego nie
wybaczy. Nigdy nie widziałam go w takim stanie. Zawsze był twardy jak głaz. A
dzisiaj… widząc łzy w jego oczach, moje serce pękło.
- Nie idź. – wyszeptałam roniąc
pierwszą łzę.
- Przestań. – po jego bladym
policzku spłynęła, mała, pełna żalu, miłości, goryczy, nienawiści i strachu
kropla.
- Nie możemy tego kończyć w taki
sposób… - ścisnęłam mocniej jego dłoń.
- Ty już to dawno temu skończyłaś.
Odkąd go poznałaś, jesteś inna. Zastąpiłaś mnie nim. Nie mam siły dłużej z nim
o ciebie rywalizować. Poddaję się. – uwolnił się z mojego uścisku.
- O czym ty mówisz? – spojrzałam na
niego. Byłam cała roztrzęsiona.
- Nie ma sensu tego dłużej ciągnąć.
Zależy ci na nim, a ja nie jestem w stanie tego w żaden sposób zmienić. –
wyjaśnił – Zakochałaś się w nim i wygląda na to, że on w Tobie też. Nie chcę
stawać wam na drodze, nie chcę stawać na drodze Tobie. Kocham Cię, ale to
koniec. – wyszeptał gładząc mój policzek, po czym mocno mnie przytulił. Nie
chciałam, żeby wypuszczał mnie ze swoich ramion, jednak kiedy już to zrobił i
pocałował mnie czule w czoło, co miało znaczyć „koniec”, wyszedł. Dotarło do
mnie, że to wszystko moja wina. Złamałam serce człowiekowi, na którym mi
zależało. Oparłam się o ścianę i osunęłam na zimną, kamienną podłogę. Schowałam
twarz w dłoniach i zaczęłam wyć, krzyczeć i nerwowo zaciskać paznokcie na
swoich ramionach.
Zostawił mnie.To było straszne. Nie chciałam żeby do tego
kiedykolwiek doszło. Chciałam się zabić tamtej nocy. Zbiłam szklankę i
przygotowałam idealnie ostre kawałki szkła które przecięłyby moje cienkie żyły
za jednym posunięciem. Nic by się wielkiego nie stało. Krew kapałaby na biały
dywan salonu robiąc na nim drobny ślad po mnie. Byłabym wtedy wolna. Stan
błogości…. Czemu więc tego nie zrobiłam? Byłam głupia.
Na drugi dzień zadzwoniłam do
szefowej i ubłagałam o dwa tygodnie wolnego. Próbowałam od czasu do czasu
dzwonić do Czarnego, ale na próżno, gdyż nie odbierał ode mnie. Nadszedł czas
na uporządkowanie swoich spraw. Było to niezwykle trudne, to jak powrócić
ponownie do życia, z którym chciałam się pożegnać. Zaczęłam od tego, że
skasowałam jego numer, spaliłam wszystkie wspólne zdjęcia, wyrzuciłam do kosza
rzeczy które mi kiedyś podarował. Chciałam zapomnieć i wymazać go już na dobre
z mojego życia i pamięci. Kosztowało
mnie to wiele łez, ale prawdę mówiąc poczułam ulgę. To dziwne. Od kilku dni nie
dawałam nikomu znaku życia. Nie odbierałam telefonu od rodziców, Eleanor,
Louisa, od nikogo. Wiem, że Tomlinson był kilka razy pod moimi drzwiami i
dobijał się do nich, wysyłał mi wiadomości każdego dnia mojego milczenia.
„Angel, słońce, wszystko w porządku? Martwię się o Ciebie!! Proszę odezwij
się!”. Na żadną nie odpisałam. Chciałam pobyć sama ze sobą.
Dzisiaj spadł pierwszy śnieg. Londyn pokrył się białym puchem. Usiadłam na parapecie, tak jak to miałam w zwyczaju i obserwowałam jak Brytyjczycy ślizgają się na zamrożonym chodniku. Wszędzie zabłysły bożonarodzeniowe dekoracje. Każda wystawa sklepowa przykuwała wzrok, w radiu zabrzmiały radosne świąteczne utwory. Coś wspaniałego – pomyślałam. Lubiłam święta, cichły spory i wszyscy darzyli się szacunkiem. Wrogowie potrafili podać sobie dłoń – i to jest właśnie prawdziwa magia świąt. Ale zaraz… był dopiero 19 grudnia. Odzyskałam humor i nawet zaczął mnie bawić widok upadających ludzi za oknem. Zapomniałam o Willu. Zaczęłam rozmyślać o mojej rodzinie. 23 grudnia miałam lecieć do Polski „Pewnie się ucieszą, że będę w końcu w domu” – pomyślałam. W tym momencie dostałam wiadomość na telefon. Zerwałam się z parapetu i skoczyłam na miękkie łóżko naprzeciwko sięgając po telefon i odczytując sms’a. Był to Lou. Tak też myślałam. „Angel! To jest już chyba mój 40 sms do Ciebie! Co się z Tobą dzieje?! Możesz mi w końcu łaskawie odpisać? Naprawdę się martwię o Ciebie. Jeśli tym razem też mi nie odpiszesz, to biorę chłopaków i wywarzymy drzwi! Rozumiesz? Całe One Direction przyjedzie i skopie Ci tyłek jeśli się nie odezwiesz. Masz 5 minut!” – roześmiałam się po przeczytaniu tej jakże „krótkiej wiadomości”. Postanowiłam przerwać milczenie i mu odpisać. Odczekałam równe 5 minut, poczym wystukałam na klawiaturze telefonu jedno słowo: „Żyję ;*” i posłałam do Tomo. Szybko otrzymałam odpowiedź „Co się z Tobą działo dziewczyno? Za 15 minut jestem u Ciebie.” Nagle dostałam przebłysku, rozejrzałam się dokoła.. mój pokój wyglądał troszkę lepiej niż chlew, ale nie dało się przejść obojętnie obok rozrzuconych podręczników oraz ubrań. Dostałam turbo przyśpieszenia. Zaczęłam biegać po małym pomieszczeniu jak oszalała porządkując wszystko dookoła. Kiedy rzeczy leżały już na swoim miejscu udałam się do łazienki i doprowadziłam samą siebie do ładu i składu. Wyciągnęłam z szafy zimowy, granatowy płaszcz, czapkę oraz rękawiczki. Pomyślałam, że możemy udać się razem na spacer. Miałam już dość siedzenia w czterech ścianach. Potrzebowałam odetchnąć świeżym powietrzem.
Dzisiaj spadł pierwszy śnieg. Londyn pokrył się białym puchem. Usiadłam na parapecie, tak jak to miałam w zwyczaju i obserwowałam jak Brytyjczycy ślizgają się na zamrożonym chodniku. Wszędzie zabłysły bożonarodzeniowe dekoracje. Każda wystawa sklepowa przykuwała wzrok, w radiu zabrzmiały radosne świąteczne utwory. Coś wspaniałego – pomyślałam. Lubiłam święta, cichły spory i wszyscy darzyli się szacunkiem. Wrogowie potrafili podać sobie dłoń – i to jest właśnie prawdziwa magia świąt. Ale zaraz… był dopiero 19 grudnia. Odzyskałam humor i nawet zaczął mnie bawić widok upadających ludzi za oknem. Zapomniałam o Willu. Zaczęłam rozmyślać o mojej rodzinie. 23 grudnia miałam lecieć do Polski „Pewnie się ucieszą, że będę w końcu w domu” – pomyślałam. W tym momencie dostałam wiadomość na telefon. Zerwałam się z parapetu i skoczyłam na miękkie łóżko naprzeciwko sięgając po telefon i odczytując sms’a. Był to Lou. Tak też myślałam. „Angel! To jest już chyba mój 40 sms do Ciebie! Co się z Tobą dzieje?! Możesz mi w końcu łaskawie odpisać? Naprawdę się martwię o Ciebie. Jeśli tym razem też mi nie odpiszesz, to biorę chłopaków i wywarzymy drzwi! Rozumiesz? Całe One Direction przyjedzie i skopie Ci tyłek jeśli się nie odezwiesz. Masz 5 minut!” – roześmiałam się po przeczytaniu tej jakże „krótkiej wiadomości”. Postanowiłam przerwać milczenie i mu odpisać. Odczekałam równe 5 minut, poczym wystukałam na klawiaturze telefonu jedno słowo: „Żyję ;*” i posłałam do Tomo. Szybko otrzymałam odpowiedź „Co się z Tobą działo dziewczyno? Za 15 minut jestem u Ciebie.” Nagle dostałam przebłysku, rozejrzałam się dokoła.. mój pokój wyglądał troszkę lepiej niż chlew, ale nie dało się przejść obojętnie obok rozrzuconych podręczników oraz ubrań. Dostałam turbo przyśpieszenia. Zaczęłam biegać po małym pomieszczeniu jak oszalała porządkując wszystko dookoła. Kiedy rzeczy leżały już na swoim miejscu udałam się do łazienki i doprowadziłam samą siebie do ładu i składu. Wyciągnęłam z szafy zimowy, granatowy płaszcz, czapkę oraz rękawiczki. Pomyślałam, że możemy udać się razem na spacer. Miałam już dość siedzenia w czterech ścianach. Potrzebowałam odetchnąć świeżym powietrzem.
Usłyszałam głośne pukanie do drzwi. Zerwałam
się na równe nogi, chwyciłam za leżące na łóżku ubrania i szybko zbiegłam na
dół po stromych, trzeszczących schodach zakładając w biegu części zimowej
garderoby. Będąc w ganku błyskawicznie wsunęłam na nogi ciepłe obuwie i
rozpromieniona otworzyłam drzwi.
- Lou! – krzyknęłam radośnie na
widok chłopaka i skoczyłam mu na szyję.
- Bałem się o Ciebie – wyszeptał i
ścisnął mnie w swoich ramionach mrużąc przy tym oczy.
- Nie musiałeś. – opowiedziałam
nadal się w niego wtulając.
- Jak to nie? Nie odzywałaś się, nie
odbierałaś! – puścił mnie - Angel jesteś głupia. – na jego twarzy pokazał się
grymas.
- Wiem, że jestem, ale nie mogłam
inaczej. – westchnęłam patrząc się w jego oczy. – Chodź na zewnątrz. Od
tygodnia nigdzie nie wychodziłam. – Tomlinson patrzył na mnie ze zdziwieniem.
Minęłam go w drzwiach i udałam się do zaśnieżonego ogrodu z tyłu domu.
- Co robiłaś przez ten czas? –
zapytał idąc za mną.
- Hmmm… odpoczywałam. –
zachichotałam, schyliłam się i wzięłam do rąk garść śnieżnobiałego pyłu lepiąc
niewielką kulkę, którą z zaskoczenia wycelowałam prosto w tyłek rozglądającego
się po ogródku Louisa.
- Angel, nie żyjesz! – krzyknął,
poczym zaczął za mną biec, łapiąc po drodze śnieg znajdujący się na gałęziach
drzew i celując we mnie.
- Tomlinson nie umie się bić na
śnieżki! – krzyknęłam i schowałam się za drzewem zza którego obrzuciłam go
kulkami robionymi w pośpiechu.
- To było nie fair! Nie będę się z
tobą dłużej bawił. – strzelił focha.
- Ej, no Tomo! Co jest? – zapytałam
wychodząc zza drzewa. Nie spodziewałam się, że tego pożałuję.
- Aha! Mam cię! – krzyknął poczym
wycelował śnieżną kulką prosto w moją głowę. Przewróciłam się opadając na
plecy, chłopak szybko podbiegł do mnie, klęknął na mnie blokując moje ruchy. –
Chcesz się tak dalej bawić, czy przyznasz, że Louis Tomlinson jest mistrzem
wszelkich zabaw w śniegu? – spojrzał na mnie stanowczo, jednocześnie śmiejąc
się.
- Okay, okay.. wygrał pan, panie
Tomlinson. Teraz proszę ze mnie zejść, albo Cię opluję! – krzyknęłam wesoło.
Lou mnie posłuchał, stanął nade mną, a ja usiadłam po turecku na mokrym, zimnym
śniegu.
- Wstawaj, bo się przeziębisz. –
powiedział i wyciągnął w moją stronę swoją dłoń. Chwyciłam ją i pociągnęłam go
ku sobie.
- Nie marudź, tylko siadaj. –
pokazałam mu szereg moich białych zębów. – Muszę cię przeprosić. Wiem, ze to
szczeniackie jak się zachowałam, ale potrzebowałam przemyśleć kilka spraw i
pobyć sama ze sobą. – westchnęłam.
- Dobrze, rozumiem. Tylko.. jeśli
następnym razem też będziesz chciała odpocząć od świata, to mnie uprzedź, bo
nie chcę więcej razy odchodzić od zmysłów. – uśmiechnął się delikatnie.
- Will ze mną zerwał, to dlatego.
Musiałam sobie poukładać wszystko w głowie.
- I do jakiego wniosku doszłaś?
- To nie była miłość. Zależy mi na
nim, ale nie jest tym właściwym. – wyjaśniłam.
- To wszystko przeze mnie. –
posmutniał.
- Raczej dzięki tobie Louis. Gdyby
nie ty, to nadal trwałabym w związku, który już się wypalił.
- Ale nie zapominaj, że Harry Styles
jest wciąż wolny. – poruszył zabawnie brwiami.
- Powinieneś się leczyć. – utkwiłam
oczy w ziemi, a raczej w śniegu.
- Hej, śliczna. Co jest? – zapytał.
- Czy ja… czy ja ci się
podobam? - zapytałam nieśmiało.
- Jesteś atrakcyjna, to fakt. Czemu
pytasz?
- Nie o to mi chodzi…. Czy lecisz na
mnie? – poczułam jak moje policzki przybierają kolor purpury. Tomlinson
wybuchnął gromkim śmiechem. Spojrzałam na niego zmieszana.
- Ooo… Ty pytałaś poważnie? –
zdziwił się. Pokiwałam twierdząco głową. – Angel, uwielbiam spędzać z Tobą
czas, jesteś kochana, piękna, urocza i zawsze mogę ci o wszystkim powiedzieć,
ale my się tylko przyjaźnimy. Ja mam narzeczoną. – powiedział wolno, cedząc
każde słowo.
- Czyli nie bujasz się we mnie? –
zapytałam z większą powagą niż do tej pory.
- N-n-nie.. – wyjąkał.
- Louis! Louis! Louis!
Looouuuuiiiiissss!! – krzyknęłam i zapiszczałam jakbym wygrała milion w totka.
Przytuliłam go najmocniej jak umiałam. – Dziękuję. – rzekłam z ulgą.
- Czy ty się dobrze czujesz? –
spojrzał na mnie unosząc lewą brew.
- Teraz aktualnie fantastycznie. O
rany kamień z serca! – zaśmiałam się.
- Słucham? To perspektywa, że
mógłbym się w Tobie zakochać jest aż taka zła? Naprawdę jestem taki odrażający?
– spojrzał na mnie wkurzony.
- Lou, to nie tak. Jesteś strasznym
ciachem i mogłabym nawet stracić dla ciebie głowę, ale jesteś moim
przyjacielem. Rozumiesz? Kocham cię bardzo mocno, ale jako przyjaciela. –
pocałowałam go w policzek.
- Oj, głuptasie. Ja też cię kocham,
ale jako moją słodką, młodszą siostrzyczkę, którą musze bronić przed złymi,
napalonymi, bezmózgimi facetami. – zaśmiał się.
- Nie przeginaj braciszku –
zachichotałam i odsunęłam się do niego.
- Siostra, a pamiętasz, co jest za
trzy dni?
- Za trzy dni jest z tego co mi
wiadomo 22.
- No właśnie. Widzimy się u mnie na
imprezce – zafalował brwiami.
- Jak mogłabym nie przyjść? –
zrobiłam wielkie oczy.
***
Rozdział IV
Był 22 grudnia. Od samego rana
szykowałam się na wielkie party u Louisa. Byłam podekscytowana jak jeszcze
nigdy! To miało być moje pierwsze spotkanie twarzą w twarz z One Direction.
Byłam przerażona! Nie wiedziałam, w co się ubrać, jak się uczesać, jaki sobie
zrobić makijaż. Chciałam tego wieczoru wypaść jak najlepiej, chciałam po prostu
być sobą, ale co jeśli to moje „ja” ich przestraszy? Byłam dosłownie
sparaliżowana, kiedy zegar na ścianie wybił godzinę 18 a ja nie miałam jeszcze
gotowego stroju na wieczór. Jedyne co poszło mi dzisiaj sprawnie, to pakowanie
urodzinowego prezentu dla Louisa. Co prawda, ma urodziny dopiero za dwa dni,
ale przyjęcie robi dzisiaj, bo impreza w Wigilię to marna opcja. Wygrzebałam z
szafy kwiecista sukienkę, która była idealnie dopasowana do mojej figury. Nie byłam przekonana, czy dobrze się w niej zaprezentuję, ale już
nie miałam czasu na wymyślanie innego stroju. Stojąc przed lustrem zrobiłam
sobie delikatny, naturalny makijaż, rozpuściłam moje długie, blond włosy i
założyłam sukienkę oraz szpilki. Tomo mówił, że wszyscy zostają u niego na noc
i ja też mam u niego spać. Spakowałam więc, do pojemnej torebki moją piżamę, szczoteczkę
do zębów oraz spodnie i top na rano. Eleanor przyjechała po mnie pod dom.
Zarzuciłam na siebie płaszcz, wzięłam torebkę, prezent i zamknęłam za sobą
drzwi na klucz. Przywitałyśmy się. Ona była jakaś dzisiaj dziwna.
- Stało się coś? – zapytałam.
- Tak. Co cię łączy z moim
narzeczonym? – zapytała zaciskając dłonie na kierownicy.
- Eleanor, to nie tak jak myślisz.
Uwierz mi. Między mną a nim nic nie ma. Przysięgam. My tylko lubimy spędzać
razem czas, wiem że to głupio brzmi. Jestem w Londynie, setki kilometrów od
domu, nikogo tu nie mam. Tak się stało, że straciłam osoby które były kiedyś
przy mnie. Moi przyjaciele wrócili do domu, Will ode mnie odszedł. Nie mówię ci
tego, żebyś mi współczuła. Proszę cię jedynie, żebyś tylko zrozumiała. Louis to
jedyna osoba na którą mogę tutaj liczyć. Tylko jemu mogę się zwierzyć i kocham
go, ale jak starszego brata. Naprawdę. Nie wybaczyłabym sobie gdybym
kiedykolwiek miała stanąć wam na drodze do szczęścia. On Cię kocha i to bardzo.
- Chciałam się tylko upewnić. –
rzekła.
Szybko znalazłyśmy się pod domem
Tomlinsona i Calder. Już z zewnątrz było słychać donośne śmiechy, krzyki i
przygaduszki chłopaków zagłuszające muzykę. Weszłyśmy do środka. Obie
odwiesiłyśmy nasze płaszcze. Udałam się za brunetka w głąb domu. Kiedy weszłam
do salonu, wszyscy ucichli i skierowali swoje ciekawskie oczy na moja postać.
Doznałam paraliżu. Louis wstał z kanapy i szybko do mnie podbiegł przytulając
mnie na powitanie.
- Panie i panowie – zwrócił się do
gości – ta piękna, nieco speszona, ale jakże urocza osóbka to moja młodsza
siostra Aniela. Ale mówcie jej Angel. Czyż nie jest słodka? – zapytał gładząc
mnie po głowie.
- Dzięki Louis za wspaniałą
przemowę. Jak zwykle się spisałeś. – powiedziałam cicho uśmiechając się
promiennie. Nagle wszyscy ruszyli w moja stronę. Jako pierwszy podszedł do mnie
Niall.
- Cześć. Miło Cię poznać Angel,
jestem Niall – przytulił mnie.
- Cześć, mi również miło –
opowiedziałam wesoło posyłając mu serdeczny uśmiech. Zaraz za nim stał Zayn
krzycząc ‘Vas Happenin?’ oraz Liam. Wszyscy przywitali mnie podobnie jak
Irlandczyk. Po chwili do pomieszczenia wszedł wysoki brunet w kręconych
włosach. Zmierzył mnie wzrokiem poczym podszedł do mnie uśmiechając się
delikatnie.
- Cześć. – powiedział. Nasze
spojrzenia się złączyły. Miał piękne, głębokie, zielone oczy. – Jestem Harry
Styles – chwycił delikatnie moja dłoń, poczym pochylił się i musnął ją swoimi
wargami. Poczułam, że na mojej twarzy pojawiają się małe rumieńce. Zawsze
słyszałam, że Styles umie oddziaływać na kobiety, ale nie sądziłam, że aż do
tego stopnia. Speszyłam się troszkę, jednak nie chciałam dać mu tego po sobie poznać.
– Ty pewnie jesteś Angel. – kontynuował – Louis wiele mi o Tobie opowiadał. –
ponownie spojrzał w moje oczy.
- Mi również miło. – obdarowałam go
promiennym uśmiechem. – Oh, naprawdę? Mam nadzieję, że same pozytywne rzeczy. –
usta chłopaka rozszerzyły się jeszcze bardziej.
- Naturalnie, same superlatywy. –
odparł.
- W takim razie się cieszę, z resztą
wiesz jaki jest Lou, niekiedy wyolbrzymia niektóre sprawy.
- W Twoim przypadku, chyba jednak
się nie mylił. – po tych słowach poczułam napływającą falę gorąca. Byłam
strasznie zawstydzona.
- Co takiego Ci o mnie opowiadał? –
zapytałam próbując wypaść naturalnie, jednak byłam podenerwowana.
- Wiele rzeczy, że jesteś zabawna,
odważna a jednocześnie nieśmiała, niezawodna oraz że masz piękne oczy. –
uśmiechnął się szeroko. – Podobno wylał na Ciebie kiedyś wino.
- Tak, właściwie w taki właśnie
sposób się poznaliśmy. – sprostowałam.
- Na Twoim miejscu bym mu oddał, w
końcu to Louis. Pamiętam, jak kiedyś zapytałem pewną dziewczynę, czy się ze mną
umówi, a on zamknął mnie w szafie i poszedł na moją randkę. – oboje zaśmialiśmy
się wesoło.
- Cały on! – stwierdziłam. Wtedy też
podszedł do nas Tomlinson, objął mnie ramieniem
i mierząc Harrego wzrokiem powiedział:
- Nie flirtuj z nią. Mam Cię na oku
kolego. – zrobił głupią minę i wykonał wolną dłonią znak typu „obserwuję cię”.
Styles uśmiechnął się delikatnie i odrzekł:
- Już sobie idę. – poczym odwrócił
się na pięcie i zagadał do jakiejś wysokiej, szczupłej, długonogiej blondynki,
która wydawała się być starsza od niego.
- Nie zamęczył cię? – zapytał
wesoło.
- Nie, ale powiedział mi, że go
zanudzasz opowieściami o mnie. – stanęłam naprzeciwko niego z założonymi rękami
i uniosłam lewą brew do góry. – Ładnie to tak?
- Taaaak – opowiedział dziecinnym
głosem.
- Chyba cię zwolnię z fuchy
starszego brata – zachichotałam.
- Mnie? Nie. Nie pozwolę Ci.
- Serio? Zatrudniłam cię, więc
zwolnić też mogę – puściłam do niego oczko.
- Kocham Cię. – powiedział poczym
przytulił mnie i pocałował w czoło. Nie przeszkadzała mu obecność ludzi którzy
nie do końca rozumieli naszą reakcję.
- Louis… mam coś dla Ciebie.. taki
mały drobiazg. – podarowałam mu prezent.
- Słońce, nie musiałaś. – przytulił
mnie ponownie.
Oprócz członków 1D i ich dziewczyn,
było tam też kilka zupełnie obcych mi osób, o których nigdy nawet nie
słyszałam. Usiadłam na wygodnej sofie obok Liamelle oraz wcinającego muf inki
Horana. Zaczęliśmy rozmawiać. Na początku było drętwo, ale szybko wszyscy
przypadliśmy sobie do gustu. Polubiłam ich. Kontem oka chcąc nie chcąc
widziałam jak Styles flirtuje z kolejną dziewczyną, chyba już z trzecią tego
wieczoru. Moja „fascynacja” nim opadła, dotarło do mnie, że gadał ze mną, tylko
dlatego, żeby być miłym. Większość z obecnych tu ludzi była już kompletnie
wstawiona. Towarzystwo z minuty na minutę coraz bardziej się rozchodziło. W
domu zostałam tylko ja, Louis i El, Niall, Zayn i Perrie, Liam i Dan oraz
Harry. Gadaliśmy jeszcze przez dłuższy czas, poczym około 4 w nocy każdy udał
się do swojego pokoju. Do mojej dyspozycji przeznaczono pokój gościnny z
prywatą łazienką. Wzięłam szybki prysznic, założyłam piżamę i ułożyłam się do
snu. W domu panował spokój i cisza. Wszyscy spali. Ja też zasnęłam. Kiedy się
obudziłam, sięgnęłam po telefon na brzegu mojego łóżka. Spojrzałam na
wyświetlacz, który wskazywał godzinę 06:30. Poczułam, że chce mi się pić.
Postanowiłam zejść na dół. Przemierzyłam długi korytarz i schody na paluszkach,
tak aby nikogo nie zbudzić. Kiedy znalazłam się w kuchni zauważyłam karton z
sokiem pomarańczowym postawiony na meblach. Wyjęłam czysta szklankę z szafki i
odkręciłam kurek nalewając sobie napoju. Odwróciłam się tyłem i wypiłam jednym
duszkiem to co sobie nalałam. Odstawiłam szklankę i chwyciłam za karton, aby go
zakręcić. W tym momencie niespodziewanie usłyszałam zachrypnięty, zaspany głos.
– Cześć - Spanikowałam i upuściłam karton na podłogę, a znajdująca się w nim
ciecz zalała białe płytki.
- Rany! – krzyknęłam półgłosem. –
Wystraszyłeś mnie. – powiedziałam do chłopaka stojącego nade mną. Oczywiście,
był to nie kto inny jak Harry Styles.
- Pomogę ci. – zaproponował, a nawet
nie zaproponował, co oznajmił. Wybiegł z pomieszczenia, ale po momencie znalazł
się w nim z powrotem trzymając mopa. Zaczął energicznie wycierać zachlapane
płytki.
- Dzięki za pomoc – uśmiechnęłam się
delikatnie. On odłożył mopa na bok i pocierając ręce odrzekł:
- Polecam się na przyszłość – znowu
ukazał mi się jego uśmiech. – To.. ty też nie możesz spać?
- Zachciało mi się pić. –
sprostowałam.
- A ja jestem głodny. – uśmiechnął
się.
- W sumie też chętnie bym coś
przegryzła.
- Na co masz ochotę? – poruszył
brwiami i pokazał mi szereg swoich białych zębów.
- Na naleśniki. – zaśmiałam się wesoło.
- Okay, mówisz, masz!
- Co? Harry, ja tylko żartowałam.
Chyba nie masz zamiaru robić mi teraz naleśników. – spojrzałam na niego robiąc
wielkie oczy.
- Nie. – odparł i pokiwał przecząco
głową. – Zrobimy je razem. – puścił mi oczko.
- Ja nie umiem gotować. – próbowałam
się wykręcić.
- Nauczę cię. – zaśmiał się wesoło.
– Zaraz gdzie Louis trzyma mąkę? – zaczął przeszukiwać szafki. – Mam! –
krzyknął półgłosem znajdując ją w kredensie.
Rozpakował ją i przesypał do miski.
- Po co ci cała mąka? Jest nas tylko
dwoje. – spojrzałam na niego zdziwiona.
- Po to! – krzyknął wesoło poczym
zanurzył w niej dłonie i odbił białe ślady swoich palców na moich policzkach.
- Harry Styles jesteś u pani! –
krzyknęłam, poczym wzięłam do dłoni garść mąki i wtarłam w burzę jego loków.
Widziałam, że się trochę zbulwersował. Nie zastanawiając się ani chwili
zaczęłam biec w stronę wyjścia z kuchni.
- Wybierasz się gdzieś?! – krzyknął
i ruszył w pościg za mną ślizgając się na płytkach. Złapał mnie w pasie, kiedy
próbowałam przekroczyć próg. – Zapłacisz mi za to. – powiedział stanowczo i
zaczął mnie łaskotać.
- Mam się Ciebie bać? – zapytałam
próbując się uwolnić z jego uścisku.
- Powinnaś. – zaśmiał się. Wciągnął
mnie w głąb kuchni, gdzie na stole leżały pozostałości po imprezie. Wolną ręką
starł bitą śmietanę z ciasta i naniósł na moje ramię i nos.
- Za co to było? – zapytałam
próbując opanować śmiech żeby nikogo nie obudzić.
- Za moje włosy. – odparł i
delikatnie ugryzł mnie w ramię na którym nadal znajdowała się słodka śmietana.
– Mmmm… smaczna jesteś. – Nie zareagowałam na jego słowa, tylko uwolniłam jedną
rękę i wtarłam w jego policzek nadgryzionego banana jakiego znalazłam na stole.
- Teraz jesteś śliczny. – pokazałam
mu język.
- Tak chcesz się bawić? – zaśmiał
się, poczym polał moje blond włosy czekoladą w płynie.
- Już po Tobie. – posłałam mu
gniewne spojrzenie i zwinnie wyrwałam się z jego ramion poczym przebiegłam na
drugą stronę stołu. Złapałam do rąk puszkę z bitą poczym zaczęłam wystrzelać z
niej białą pianę prosto na gołą klatę chłopaka. Harry w międzyczasie w akcie
samoobrony rzucał we mnie chipsami. Obydwoje łapaliśmy w dłonie wszystko co
znajdowało się na stole i rzucaliśmy w siebie głośno się przy tym śmiejąc. Po
całej kuchni latały resztki jedzenia, które jak nie lądowało na nas, to na
podłodze. Wyglądaliśmy tragicznie. Cali umorusani resztkami lepkiej żywności.
Moja piżama była doszczętnie zniszczona. Fajnie się bawiliśmy. Nawet nie
zauważyliśmy, że postawiliśmy cały dom na nogi naszymi wrzaskami i niekontrolowanym
śmiechem. Wszyscy zbiegli się na dół i wparowali do kuchni właśnie w tym
momencie, kiedy Harry trzymał mnie w swoich ramionach i lał mi po twarzy kremem
toffi, a natomiast wcierałam muf inkę w jego goły tors. Kiedy zorientowaliśmy
się, że nie jesteśmy już sami w pomieszczeniu, oboje się na moment
zawiesiliśmy. Reszta ludzi była na nas wściekła za to że przerwaliśmy im
drzemkę, ale z drugiej strony rozbawił ich widok dwójki idiotów obkładających
się nawzajem jedzeniem. Zaczęli się z nas śmiać w niebogłosy, na co my
zareagowaliśmy tym samym. Niall śmiał się przez łzy, z jednej strony
rozśmieszyło go to, co tu zastał, a z drugiej było mu piekielnie żal tego
zmarnowanego żarcia.
- Chyba pójdę już spać. – oznajmił
loczek, poczym przytulił mnie mocno do siebie. – Dobranoc – wyszeptał mi i
musnął mój policzek. – Dobranoc wszystkim. – rzucił wychodząc.
- Angel, jutro będziesz to sprzątać!
– zagroził mi Tomlinson.
- Powiedz lepiej, że jesteś zły o
to, że cię nie zaprosili do zabawy. – odezwał się Zayn.
– W dodatku do jutra zalęgną się tu mrówki. – dodał Irlandczyk przecierając swoje zaspane oczy.
– W dodatku do jutra zalęgną się tu mrówki. – dodał Irlandczyk przecierając swoje zaspane oczy.
- Nie bój się, pomożemy Ci. –
zachichotała Danielle.
- Oczywiście że tak! – krzyknęła
Perrie śmiejąc się z mojego widoku.
Rano, a właściwie 4 godziny później
ja, Danielle i Perrie zajęłyśmy się sprzątaniem kuchni. W międzyczasie dołączył
do nas również Harry.
- Musimy to kiedyś powtórzyć. –
szepnął do mnie ścierając wraz ze mną ostatnie resztki czekolady z mebli.
- Znowu chcesz przegrać? – puściłam
mu oczko. On się już nie odezwał, tylko uśmiechnął się szeroko i wrócił do
swoich obowiązków.
Kiedy skończyliśmy sprzątać
podziękowałam dziewczyną za pomoc, a następnie udałam się na górę do pokoju,
gdzie miałam spać tej nocy. Wzięłam ponowną kąpiel, poczym założyłam wcześniej
przygotowane przeze mnie, świeże ubrania. Pościeliłam łóżko, spakowałam do
torby moje rzeczy i zeszłam do salonu, gdzie wszyscy oglądali jakiś film akcji.
Pożegnałam się z nimi i podziękowałam za wspaniale spędzony czas. Harry
postanowił mnie odprowadzić do furtki. Zgodziłam się. Gdy już byliśmy na
zewnątrz kątem oka widzieliśmy, jak Liam, Zayn, Niall, Louis, Eleanor i Perrie
obserwują nas przez okno.
- Fajnie się dzisiaj bawiłem. –
zaczął mówić. – Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze kiedyś. – na jego twarzy
pojawił się lekki uśmiech.
- Jasne, bardzo chętnie. Jak tylko
wrócę do Londynu. – odparłam. Byłam zaskoczona.
- Na długo wyjeżdżasz? – spojrzałam
na mnie swoimi zielonymi oczami.
- Na tydzień. Wracam 30. –
wyjaśniłam.
- Świetnie się składa! – ucieszył
się – robię małe przyjęcie w Sylwestra, byłoby wspaniale, gdybyś zechciała wpaść.
- Jeżeli nie będę padnięta po
podróży, to z przyjemnością przyjdę. –
kąciki moich ust uniosły się.
- W takim razie do zobaczeni i
Wesołych Świąt. – przybliżył się do mnie po czym objął mnie i musnął mój
policzek.
- Dziękuję i wzajemnie. Do
zobaczenia. – posłałam mu szeroki uśmiech i przekroczyłam furtkę dzielącą
posesję Tomlinsona od reszty świata.
Wzruszajace :'(
OdpowiedzUsuń