czwartek, 19 września 2013

Rozdział XVIII "When A Man Loves A Woman"

                Trzy miesiące… tylko trzy miesiące…. A dłużyły się jak 3 lata. Nie miałam co z sobą zrobić. Spędzałam dużo czasu z Perrie, Danielle i Eleanor, ale mimo to czułam się fatalnie. Tęskniłam. Po miesiącu radzenia sobie z samotnością wyjechałam do Polski, mimo zakazowi Harrego. Ale on przecież i tak dobrze wiedział, że go nie posłucham w tej kwestii. Jestem uparta. Rozmawialiśmy ze sobą dzień w dzień po kilka razy. Jednak każda przegadana minuta nie była tym samym co prawdziwa rozmowa w cztery oczy, w ciepłym domu przy kominku, z grającą muzyką w tle. Tęskniłam. Teraz z każdą sekundą bardziej. Czy ktoś to zrozumie?
                   Będąc w domu u rodziców, ciągle słyszałam pytania od całej rodziny: Kiedy ślub, jak dziecko będzie się nazywać, czy jesteście dalej para, jak to się zaczęło, czy nie boisz się, że on cię zdradzi. Miałam dość. Przecież to moje życie. Nie powinno ich to interesować. Na wszystko przyjdzie czas, tak myślę. Przecież nie trzeba brać ślubu ze względu na dziecko. To jest niepoważne. Ślub z rozsądku… a gdzie w tym wszystkim miłość? Czy ktokolwiek o niej w ogóle pamięta? Nevermind. Kolejne dwa miesiące w gronie rodziny i przyjaciół minęły. Było mi łatwiej być teraz z nimi, tutaj, w domu. Co ja robiłabym sama w Londynie w ósmym miesiącu ciąży, na dodatek w Wigilię? No właśnie….
                   Nadszedł styczeń. Wróciłam do Wielkiej Brytanii. Był 15 stycznia. Koniec trasy One Direction. Byłam straaaaaaasznie szczęśliwa, że w końcu go zobaczę. „Urosłam” od naszego ostatniego spotkania. Mała Darcy nie może się już doczekać wyjścia na świat, bo kopie coraz mocniej i częściej niż zwykle. Przygotowałam wraz z dziewczynami obiad dla chłopaków w domu Liama i Danielle. Spisałyśmy się. Uczta wyglądała wybornie, klasa sama w sobie. Pomieszałyśmy kuchnie angielską i polską. Nie mogłyśmy się doczekać, aż poprzez drzwi wpadnie do środka piątka roześmianych chłopaków, których tak bardzo nam brakuje. Chciałyśmy usłyszeć od nich wszystko co się działo w trasie, zobaczyć zdjęcia, nagrania, na których podobno 50 procent zawartości to zanotowane rozmowy moje i Harrego. W sumie oprócz koncertów, spotkań z fanami i rozmów ze mną nic więcej nie robił. Tak przynajmniej twierdził Louis, a Niall się z nim zgodził. Wybiła godzina 13:24 i usłyszałyśmy, jak ktoś przekręca kluczyk w drzwiach. Był to Liam. Wszedł do środka niosąc ze sobą ogromną walizkę, a za nim wpadła banda rozwrzeszczanych chłopaków. Na ich widok zaczęłyśmy piszczeć jak zakochane w nich po uszy nastolatki oczekujące na koncert. Harry widząc mój brzuch popłakał się. Podbiegł do mnie i mocno mnie uściskał, uważając na dziecko, poczym pocałował mnie namiętnie. Brakowało mi tego tak bardzo. Za bardzo….
- Tak bardzo tęskniłem. – powiedział tuląc mnie i zaciskając powieki, aby nie uronić łez.
- Ja też. Kochanie, nawet nie wiesz jak bardzo. – rozryczałam się.
- Nie płacz głuptasie. – spojrzał na mnie śmiejąc się promiennie, otarł moje łzy.
- Sam masz ochotę płakać . – odparłam odwzajemniając jego mimikę.
- Bo cię kocham. – wyszeptał patrząc prosto w moje oczy i ponownie złączył nasze usta.
- Wiem. Tylko, nie wiem, dlaczego. Zasługujesz na kogoś dużo lepszego. – odparłam.
- Ty jesteś najlepszym co dostałem od losu. – uśmiechnął się delikatnie i pocałował moje czoło.
               Następnie odkleiłam się od niego i przywitałam resztę. Tak mocno tęskniłam za nimi wszystkimi, za wiecznymi wrzaskami, śmiechami, przygaduszkami, bójkami o jedzenie i pilota do plazmy. Teraz wszystko jest na swoim miejscu. Dźwięki, które zwykle doprowadzają mnie do bólu głowy, teraz są najpiękniejsze dla uszu. Moi chłopcy.
Zasiedliśmy do stołu, a Liam zaczął nam opowiadać o swoich wrażeniach.
- Szkoda, że was tam nie było! Gdybyście to tylko widziały! Na szczęście nagrałem to. – krzyczał podekscytowany.
- Tak jest, zanudzaj je swoim filmikiem jak to pomalowałeś mi całą twarz markerem wododpornym. – wtrącił się znudzony Louis.
- Chcę to zobaczyć! – wyskoczyłam jak Filip z konopi.
- Hahahahahahaha. Nie. – odparł krótko Zayn.
- Czemu? – zapytałam zdziwiona.
- Bo w tle widać Harrego jak goli sobie nogi, wiesz… jeszcze byś zwątpiła w męskość swojego faceta. – parsknął śmiechem Mulat.
- Oooooo kochanie…. – pogładziłam Hazzę po policzku.
- To był tylko przegrany zakład… Zayn przyznaj się lepiej, że zgubiłeś w hotelu swoje lusterko i zacząłeś płakać. – pokazał mu język Styles.
- To nie prawda. – bronił się Malik.
- Prawda. – stwierdził jednoznacznie Lou.
- No dobra.. prawda, i co z tego? – zapytał śmiejąc się. – Znacie mnie.
- Nie da się ukryć. – roześmiała się Perrie.
- Zaraz, to Liam cię pomalował? – obudziła się Danielle.
- Nie wiesz z kim mieszkasz pod jednym dachem! – krzyknął Louis. – To psychopata. – wyszeptał robiąc śmieszną minę.
- Kim jestem? – niedosłyszał Liam.
- Wspaniałym człowiekiem. – uśmiechnął się do niego szeroko Tomlinson.
- Dzięki, Lou, ty też jesteś dobrym, wspaniałym, kochanym facetem. – odparł Liam.
- A nie mówiłem? – ponownie wyszeptał Lou.
- Ej, a co na deser? – zapytał Niall przestając się opychać resztkami obiadu i dołączył się do dyskusji.
- Zaraz podam. – powiedziała Perrie.
- Szybko, jestem głodny. – wszyscy spojrzeli na niego z miną wtf? Gorzej ci?
- Dajcie spokój, przecież to Niall! – wtrąciłam się, a cała reszta zgodziła się ze mną kiwając głową, poczym wybuchliśmy śmiechem, a Irlandczyk znowu nie nadążał za nami. Nic nowego.
Po obiedzie wróciliśmy z Harrym do naszego domu. Rozpakowaliśmy jego walizki.
- Angel, czekaj. Mam coś… - zaczął szukać czegoś na dnie walizki. – Jest! – krzyknął znajdując to.
- Co to? – zapytałam kiedy wręczył mi torbę. Wyjęłam rzeczy znajdujące się w niej. Jak się okazało były to ubranka dla dziecka. – Harry… - zaśmiałam się wesoło.
- Wiem, wiem… ale nie mogłem się powstrzymać. One są takie słodkie. – zaczął.
- Ale póki co będą za duże na Darcy. – zachichotałam.
- No tak, ale dzieci szybko rosną. – pocałował mnie w policzek.
- Ja też kupiłam kilka, a raczej kilkanaście drobiazgów. Wpadam w zakupowy szał teraz… - przewróciłam oczami, Harry się tylko zaśmiał i dotknął mojego brzucha.
- Tatuś już jest w domu. – wyszeptał całując go. – kocham cię Darcy, ciebie i mamusię. Będziesz naszym największym skarbem, już jesteś. – powiedział, poczym zaczął śpiewać What Makes You Beautiful.
- Kochanie, obawiam się, że ona nie wiele rozumie z tego co śpiewasz. – pogłaskałam go po głowie.
- Wiem, ale musi się oswajać z moją muzyką. Będzie największą Directionerką na świecie i jak podrośnie, to wezmę ją do nas i będzie szóstym członkiem. – rozmarzył się. – Jeśli odziedziczy talent po mnie, a urodę po tobie, to będzie miała wszystko czego zapragnie. Na pewno tak będzie.
- Gadasz bez ładu i składu, ale lubię to jak gadasz, więc nie przerywaj. – zaśmiałam się melodyjnie.
                   
                Dwa kolejne miesiące minęły jak pstryknięcie palcem. Był marzec. Dokładnie 14 marca. Godzina 21. Poczułam silny skurcz. Zasyczałam z bólu, później kolejny, 2 razy mocniejszy. O mały włos nie przewróciłam się w kuchni. Zawyłam lekko. Złapałam się kurczowo za blat mebli i zaczęłam wołać:
- Harry! Harrrrry! – darłam się.
- Kochanie, tak wiem! Mam herbatę. Przyjdę, jak skończy się odcinek. – krzyknął ze salonu gdzie oglądał X-Factora.
- Haaaaarrrryyyyy! – darłam się dalej. 
- No jeszcze 10 minut! – usłyszałam.
- Harry głąbie! Zaczyna się! – krzyknęłam. Nie byłam podenerwowana, świadomość bólu wypełniła całe moje wnętrze.
- Co sie zaczyna? – zapytał nie rozumiejąc. – Zaczy… co?!!!! – wykrzyczał i podskoczył rzucając pilota gdzieś za siebie który roztrzaskał się na kilkanaście części. Cały spanikowany pobiegł do kuchni. Chwycił mnie ostrożnie, ale mocno, abym się nie przewróciła i jeszcze głupio zapytał – Kochanie, jesteś pewna, że to już?
- Teraz nie dam rady, ale jak Darcy się urodzi, to cię walnę za to pytanie. Wieź mnie do szpitala! – rozkazałam. Zaprowadził mnie pod drzwi wyjściowe. Już miał mnie wyprowadzać z domu, ale dla pewności postanowiłam zapytać: - Kluczyki?
- Co? – spojrzał na mnie zdezorientowany.
- Masz kluczyki?
- Jakie?
- Do auta!
- Yy? O cholera! – krzyknął i zostawił mnie tak opierając mnie najpierw o niską półkę. – Już wracam! Nigdzie beze mnie nie idź! – rozkazał.
- Bardzo śmieszne. – odparłam z ironią. – Aaaaaaaaaałaaaaaa – zawyłam kiedy poczułam kolejny skurcz. Harry latał z pokoju do pokoju szukając kluczy, nawet wlazł do łazienki. – Na stole w kuchni Harry! – nakierowałam go. Pobiegł do kuchni.
- Gdzie jest stół?! – usłyszałam.
- Jaja sobie robisz? – teraz zwątpiłam. Czułam, że za moment urodzę Darcy na wycieraczce. – Przed tobą. Take duże, białe, połyskujące! To jest stół! – wytłumaczyłam biorąc wdech między każdym pojedynczym słowem. W końcu przybiegł z kluczami. Wziął też ze sobą jabłko. – Po co mi to? – zapytałam kiedy mi je wręczył.
- Na wypadek, jakbyś zgłodniała po drodze.
- Wkurwiasz mnie! Wieź mnie do szpitala. – rzuciłam jabłkiem i rozbiło się na obrazie.
- Gdzie to jest? – zapytał.
- Co?
- Szpital.
- Harry błagam, dowieź mnie tam. – rozbeczałam się, skurcze się nasilały.
Jakimś cudem tam trafiliśmy. Oczywiście ja musiałam skupiać się na drodze podczas gdy rodziłam, bo Hazzie wszystko wyleciało z głowy. Dojechaliśmy szczęśliwe. Harry szybko pobiegł po lekarzy, podał moje dane personalne i przewieziono mnie na porodówkę. Harry wszedł razem ze mną, ale zemdlał po 5 minutach i go wyprowadzono. To był niesamowity ból. Przeciśnięcie arbuza przez dziurkę wielkości cytryny. Nie lada sztuka! Bolało jak diabli. Po trzygodzinnych męczarniach na porodówce rozległ się głośny płacz dziecka. Popłakałam się z bólu, wycieńczenia, ale przede wszystkim ze szczęścia. Lekarze zawołali Harrego, aby odciął pępowinę. Nigdy nie zapomnę wyrazu jego twarzy, kiedy dowiedział się, że został ojcem. Lekarze obmyli i opatulili małą w ciepły powijak i dali Harremu na trzęsące się ręce. Łzy zaczęły płynąć  z jego oczu. Podszedł do mnie ostrożnie i dał mi ją potrzymać. Usiadł obok mnie i oboje wpatrywaliśmy się w nią jak w obrazek.
- Mój aniołek. – wyszeptałam płacząc ze szczęścia.
- Mała Angel. – powtórzył za mną Harry.
- Jest taka piękna. – przejechałam delikatnie opuszkiem palca po jej policzku, aby jej nie zranić. – Kocham cię mój aniołku. – mój głos zadrżał.
- Teraz już prawie jesteśmy rodziną. – rzekł płacząc.
Zabrano nam małą na badania. Zostałam z Harrym sam na sam.
- To jest niesamowite… ja… przepraszam. Spanikowałem. Nie codziennie rodzisz dzieci. – tłumaczył się.
- Kocham cię. – pogładziłam jego policzek dłonią, on ją objął swoją.
- Za niedługo będziemy prawdziwą rodziną. – powiedział.
- Jestem taka szczęśliwa. – powiedziałam. – Muszę odpocząć.
-Mam iść?
- Nie. Zostań tu przy mnie. Proszę. – posłałam mu kojący uśmiech.
                    Nadeszła pora karmienia, miałam spore obawy, nie chciałam skrzywdzić naszej kruszynki. Położna wytłumaczyła mi wszystko co i jak. Udało się. Pierwsze karmienie miałam za sobą.
Po chwili przyszedł do nas lekarz prowadzący. Miał w dłoni akta urodzenia małej. Chciał żebyśmy je wypełnili.
- Imię dziecka?
- Darcy – odparliśmy równocześnie.
- Nazwisko? – Harry spojrzał na mnie niepewny.
- Styles. Darcy Styles. – odparłam.
- Dziecko nosi nazwisko pani byłego męża?
- Tak. To znaczy nie byłego męża. Chłopaka. A coś w tym złego? – zapytałam.
- Nie. Już zapisuję. – odparł.
- Imiona rodziców?
-  Harold i Angel, to znaczy Harold i Aniela. – poprawiłam się.
- Dobrze. Adres?
Lekarz zadawał nam masę pytań. Kiedy już zakończył uzupełnianie powiedział krótko:
Darcy Styles urodzona 14 marca o 23:59. Gratuluję nowo upieczonym rodzicom. – wyszedł.
               Ze szpitala wypuszczono mnie już po 2 dniach.  Zawieźliśmy Darcy do jej domu, do naszego domu. Pokój dziecięcy już na nią czekał, był cały umeblowany i różowy. Harry uparł się na ten kolor, a ja nie miałam sił go przekonywać do zmiany zdania. Uległam i nie żałuję bo wszystko w tym pomieszczeniu wygląda tak słodko i przytulnie. Pierwsze dni były ciężkie. Nie umieliśmy sobie do końca poradzić z obowiązkami, jednak pomagała nam mama Harrego, a po dwóch tygodniach moi rodzice przylecieli do nas. Byli szczęśliwi i dumni. Na początku patrzyli sceptycznie na Harrego, ale przed wyjazdem z Londynu powiedzieli, że są szczęśliwi nie tylko dlatego, że zostali dziadkami, ale również są spokojni i cieszą się, że mam Harrego, bo widać jak mocno się kochamy. Chciałam usłyszeć od nich te słowa. Onedirectionowa ekipa od momentu przywiezienia Darcy do domu przesiadywała u nas całymi dniami. Byli 24/7. Doceniałam to. Darcy ma fajnych wujków! Oni niemalże biją się o to, kto będzie ją nosił na rękach. Ze względu na narodziny dziecka przesunięto termin wydania ich nowego albumu. Paul rozumiał, że teraz na pierwszym miejscu jest dziecko i wszyscy musimy oswoić się z tą sytuacją.

                     Darcy ma już rok i 3 miesiące. Zawieźliśmy ją do Anne. Ma się nią zaopiekować przez dwa dni. Harry uparł się, że mamy lecieć do Paryża. Nie byłam przekonana. Nie wolno zostawiać dziecka i jechać gdzieś w cholerę. Błagał mnie tak długo, ze w końcu się zgodziłam. Zamówił dla nas apartament naprzeciwko wieży Eiffla. Widok był cudowny! Przylecieliśmy w piątek rano, a  wracać mieliśmy kolejnego dnia w sobotę wieczór. Po przylocie zostawił mnie na dwie godziny samą w hotelu i poszedł sobie gdzieś. Mówił, że ma coś do załatwienia. Martwiłam się o niego jak to ja. Dzwoniłam też co chwilę do Anne aby wiedzieć jak czuje się mała. Kobieta nadal nie chętnie ze mną rozmawiała.  Po długiej nieobecności Styles w końcu wrócił. Przyniósł ze sobą duże pudełko, pod którego wiekiem kryła się piękna, czarna, wieczorowa suknia, która błyszczała w świetle.
- Harry, co to jest? – spojrzałam na niego niepewnie.
- Załóż ją. Na dzisiejszy wieczór. – uśmiechnął się tajemniczo – Masz dwie godziny czasu żeby zdążyć. Przyślę kogoś po ciebie. – powiedział poczym wyszedł.
Nic  z tego nie rozumiałam, ale zrobiłam jak kazał. Zaczęłam się szykować. Dzięki Bogu moje ciało po porodzie zmieniło się tylko nieznacznie. Zrobiłam delikatny makijaż, rozpuściłam długie, blond włosy oraz założyłam suknię wieczorową jaką dla mnie zostawił. Punktualnie o 20 ktoś zapukał do mich drzwi, byłam przekonana że to Harry, ale za nimi stał jakiś wystrojony mężczyzna.
- W czym mogę pomóc? – zapytałam.
- Panna Aniela Frytkowska? – zapytał czytając z kartki moje nazwisko.
- Tak, ale o co chodzi? – spojrzałam na niego zdezorientowana.
- Niech pani idzie za mną. – powiedział i wziął mnie pod rękę.
- No ale…
- Niech się panienka nie obawia. – uśmiechnął się przyjaźnie i wyprowadził mnie z hotelu, przed którym stała udekorowana bryczka. Rozkazał mi w niej usiąść i sam powiózł mnie w niej pod wieżę Eiffla. Wjechałam winda na sam szczyt. Nie wiedziałam co tu robię. Dokoła było pusto! Ani jednej żywej duszy. Kiedy byłam już na szczycie niepewnie ruszyłam przed siebie stawiając ostrożnie każdy krok. W świetle zachodzącego, lipcowego słońca zauważyłam postać której kontury były tak wyraźne…. Stała nieruchomo przy barierce patrząc bezpośrednio przed siebie na ulice Paryża. Chyba owa osoba usłyszała, że nie jest już sama, odwróciła się powoli i posłała mi serdeczny uśmiech, który ja odwzajemniłam. Był to Harry. Podszedł do mnie swoim kocim krokiem i pocałował mnie w dłoń.
- Brak mi słów, żeby opisać jak pięknie wyglądasz. – powiedział patrząc w moje oczy.
- Harry… - zaczęłam, on uciszył mnie delikatnym muśnięciem ust.
- Panowie! – zwrócił się do francuskich muzyków, którzy zaczęli grać na instrumentach piękne ballady.                           Dziwne, ale dopiero teraz ich zauważyłam. Moja cała uwaga skupiła się na Harrym, nie dostrzegłam też w pierwszym momencie nakrytego stoliku dla dwojga.
- Jak ty to załatwiłeś? – zapytałam ciekawa.
- Mam .. znajomości. – przesłał mi szeroki uśmiech i chwycił moją dłoń ponownie. – Mogę Panią prosić do tańca? – zapytał. Kiwnęłam twierdząco głową. Zaczął mnie prowadzić w rytm muzyki. Cały świat dookoła wirował. Poczułam się jak bohaterka jednej z komedii romantycznych. Przez cały taniec byłam wpatrzona w jego zielone, błyszczące oczy.
- Sprawiasz,  że czuję się jak księżniczka. – powiedziałam  pewnym momencie.
- Jesteś nią. – odparł i musnął moje wargi. Przystanęliśmy na moment. Harry złapał moją dłoń i poprowadził mnie w stronę pięknie nakrytego stolika. Odsunął mi krzesło i pomógł usiąść. – Paryż jest piękny – zaczął mówić siadając naprzeciwko mnie. – To miasto zakochanych. – stwierdził.
- Czemu właściwie jesteśmy na Wierzy Eiffla Anie w zwykłej restauracji? – uśmiechnęłam się delikatnie.
- Mówiłem ci już, że nasz pierwsza randka będzie niezapomniana. – przesłał mi szeroki, słodki uśmiech i zaczął nerwowo grzebać po kieszeniach spodni i garnituru. Nie wiedziałam o co chodzi. – Mam! – krzyknął wyciągając z tylniej kieszeni chusteczki higieniczne. Miałam nadzieję, że wyjmie coś innego. Głupia ja, myślałam, że ma zamiar mi się oświadczyć.
- Chusteczki? – zapytałam nieco zaskoczona.
- Tak. – odpowiedział krótko. – Mam nadzieję, że lubisz francuską kuchnię. – uśmiechnął się do mnie słodko.
- Nie próbowałam jeszcze, ale kto wie. – uśmiechnęłam się lekko. – Ale ślimaków i żab nie mam zamiaru jeść. – uniosłam prawa brew i na mojej twarzy pojawił się lekki grymas.
- Nie zamówiłem ich głuptasie. – roześmiał się. Oboje skosztowaliśmy tego, co mieliśmy na talerzach. Kiedy to już zjedliśmy Harry zaproponował, żebyśmy udali się ku barierce aby podziwiać piękną, nocną panoramę miasta. Widok był niesamowity. Zaparł mi dech w piersiach. W pewnym momencie Harry gdzieś polazł. Nawet tego nie zauważyłam. Usłyszałam pierwsze takty piosenki, do której wspólnie tańczyliśmy na weselu Tomlinsonów. Odwróciłam się i ujrzałam za sobą Stylesa trzymającego w prawej dłoni piękną, czerwoną różę. Wręczył mi ją i klęknął przede mną wyjmując z niewielkiej kieszonki małe, czerwone pudełeczko, które otworzył. Tak jest. Był to pierścionek zaręczynowy. Na moment zdrętwiałam, a po chwili moje nogi stały się niczym z waty. Byłam roztrzęsiona, szczęśliwa, zaskoczona i z niecierpliwością czekałam aż coś powie. Klęczał przede mną z dobre pół minuty. Widziałam jaki jest podenerwowany. Wziął głęboki wdech i w końcu przemówił:
- Angel, miałem przygotowaną piękną, wzruszającą mowę, ale z nerwów zapomniałem wszystkiego. Kocham cię i chcę spędzić z Toba resztę życia. Nie ważne ile nas jeszcze czeka kłótni, nieprzespanych nocy, trzaskania drzwiami. To wszystko się nie liczy. Wiem jedno, że będąc razem.. tylko wtedy jesteśmy szczęśliwi oboje, kiedy mamy siebie. Mój świat stał się lepszy od momentu kiedy wtarłaś mąkę w moje włosy. Kocham cię i nigdy nic tego nie zmieni. Chcę się co wieczór kłaść obok ciebie do łóżka i budzić widząc twój piękny uśmiech i czując ciepło twoich dłoni, chcę dawać ci powody do radości, chcę móc troszczyć się o ciebie i być z tobą. Od teraz już na zawsze. Nie wyobrażam sobie mojego życia bez ciebie. I dlatego ja Harold Edward Styles błagam cię Anielo Angel Frytkowska uczyń mnie najszczęśliwszym mężczyzną na ziemi i wyjdź za mnie. – mówiąc te wszystkie piękne słowa patrzył w moje oczy. Łzy wzruszenia spływały po naszych policzkach. Ja nie umiałam odnaleźć języka w buzi.
- Tak. – tyle tylko byłam w stanie powiedzieć w tamtym momencie.
- Tak? – spojrzała na mnie chcąc cie upewnić.
- Po stokroć tak. – powiedziałam śmielej nie kryjąc mojej radości. Harry założył pierścionek na mój palec poczym wstał i pocałował mnie namiętnie unosząc mnie przy tym w górę. Byłam szczęśliwa. Byłam… SZCZĘŚLIWA.
- Wiedziałem, że chusteczki się przydadzą. – zaśmiał się wesoło Harry ocierając moje łzy. Wróciliśmy do stołu, usiadłam na jego kolanach.
- Harry.. –zaczęłam. – Nie sądzisz, że najpierw powinieneś zapytać moich rodziców o moją rękę? – pogłaskałam go po dłoni.
- W zasadzie, to już ich pytałem. – odparł gryząc delikatnie moje ucho.
- Jak to? – zdziwiłam się. – Przecież oni nie znają angielskiego, ani ty polskiego.
- Zanim wyjechali poprosiłem ich o zgodę na nasze zaręczyny, nie mieli nic przeciwko… A bariera językowa to żadna przeszkoda. Przecież tłumacz internetowy istnieje. – zaśmiał się wesoło. – A żeby nie mieli wątpliwości pokazałem im pierścionek i zacząłem gestykulować. Domyślili się o co mi chodzi i obiecali że nic ci nie powiedzą.

- Kocham cię. – pocałowałam go. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz